Mój ukochany (he he) Mąż zawsze działał szybciej ode mnie, tak było od samego początku. Kiedy się zaręczyliśmy i ja byłam na etapie obdzwaniania przyjaciółek, koleżanek, znajomych oraz wszystkich krewnych króliczka, on właśnie rezerwował salę weselną. Wysyłałam słitfocie z pierścionkiem na paluchu, a tam ostro szło ustalanie terminów i szczegółów. Pewnie bał się, że mu ucieknie takie cudo 😉.
Po tylu latach niewiele się zmieniło, również wtedy, gdy za namową życzliwych dusz postanowiłam pisać (dziękuję @Ania M. i @Marta N., sławna i bogata będę nadal o Was pamiętać dziewczyny 😉). Mechanizm działa niezmiennie: ja miotana różnymi emocjami z namaszczeniem odpalałam niespiesznie profil ZNP+ na FB, a Mężu siedział po nocach szykując dla mnie niespodziankę w postaci strony blogowej. Jak każdy narcyz wolny od wszelkich wątpliwości co do swoich kompetencji wszystko zrobił sam. Napisał skrypty (co to w ogóle jest!?), ogarnął kwestie wizualne, a nawet (!!!) opublikował moje teksty. Muszę w końcu go posłuchać i zmienić te wszystkie hasła… .
Dziewczyny śmieją się już, dopytując czy ślubny wie, że na tej swojej stronie będzie regularnie obsmarowywany? A no wie 😊, niewiele się dla niego zmieni, poza tym, że teraz będzie miał to na piśmie i wszystko pójdzie w świat. Stwierdził, że da radę.
Będąc świeżo upieczoną posiadaczką bloga zawiesiłam się i…. nie wiem o czym pisać. Wobec tego w ramach podziękowań za „prezent” zakomunikowałam chłopu: jak takiś mądry to sam sobie pisz. Teraz się boję, żeby mnie nie posłuchał!...
Chcąc nie chcąc mam zatem swojego bloga, powiązanego z tym na FB ale po części odmiennego. Będą oczywiście zmiany, sami rozumiecie - to dopiero początek, mam tylko nadzieję, że nie początek końca.