ZNP+

Blog niekoniecznie ukierunkowany... autorka nie ponosi odpowiedzialności za rozczarowania 😜

Dzień świra

Kochani jak tam Wasze święta? Przeważnie w takie dni mamy dodatkowe atrakcje. Mieliśmy już krztuszącego się yorka wymiotującego na stół wigilijny, awarię oczyszczalni ścieków, dzięki czemu przy sześciu osobach w domu obowiązywały ściśle określone zasady kto, po co i ile razy idzie do łazienki. W tym roku, na tle poprzednich lat, po prostu wiało nudą, do czasu… W Wielką Sobotę zorganizowaliśmy sąsiadom grę towarzyską pt. znajdź kluczyk. Polecam!!! Znakomity pomysł na odciągnięcie wszystkich od telewizorów, komputerów i innych ekranów (kochani sąsiedzi nie musicie dziękować😊)).

By rozpocząć zabawę najpierw należy wywalić bezpieczniki (nieeee, nie te w domu, ponieważ to by było za łatwo) tylko te zewnętrzne, na zamkniętej tablicy pomiarowej, przy czym warunek jest taki, że trzeba to zrobić koniecznie jak już będzie na dworze całkowicie ciemno!!! Kolejne zadanie polega na odnalezieniu po omacku jakiegokolwiek źródła światła. Przedstawiam punktację: 1 pkt za świeczkę, niski rating, ponieważ działa tylko w zestawie z zapałkami; 2 pkt za prawie rozładowany telefon (o tej porze dnia należy mieć prawie rozładowany telefon), 3 pkt za działającą latarkę.
Następnie starając się nie podpalić domu (bo oczywiście ten jeden punkt, szczytem osiągnięć) szukamy kluczyka do cholernej skrzynki. Nie wiadomo jak wygląda taki kluczyk (ostatni raz oglądany pięć lat temu) i nie ma nawet cienia podejrzeń gdzie mógłby być. U nas jak w każdej normalnej, porządnej, szanującej się rodzinie NIC nigdy nie ma stałego miejsca, no może meble i to tylko te cięższe mają swoją miejscówkę.
Jeśli na tym etapie uda się Wam dostać do skrzynki - brawo Wy – po zawodach. Jeśli nie, to do udziału zapraszamy rodziny mieszkające po sąsiedzku. Zaczyna się wspólna zabawa, oczywiście w reżimie sanitarnym. Każdy w swoim domu szuka kluczyka. Jak już pomagier znajdzie swój kluczyk musi pierwszy, przed dzikami, po ciemku (nie możemy doprosić się latarni) dotrzeć do naszej skrzynki i sprawdzić czy kluczyk pasuje. Jeśli nie pasuje, żegnamy się, ta rodzina również odpada z gry.
Po wyeliminowaniu wszystkich uczestników można skorzystać z koła ratunkowego pt. „telefon do przyjaciela”, w naszym przypadku do pogotowia energetycznego. Pan najpierw upewnia się kilka razy czy wiesz, że jest Wielka Sobota i czy masz świadomość, że pomoc najprawdopodobniej dotrze dopiero następnego dnia rano. Kiedy potwierdzisz trzykrotnie, że jesteś debilem Pan przystępuje do wstukania zgłoszenia w ten swój „system”, czy jak to się tam nazywa. Nam udało się przerwać grę dopiero na tym etapie, już pół godziny od złożenia deklaracji o własnym upośledzeniu umysłowym dostaliśmy cynk od sąsiadów, że pomoc nadjeżdża, w ciemności lepiej widać migające koguty. Chłop idzie się kajać przed brygadą RR, a my z dziećmi kibicujemy z bezpiecznego oddalenia. Chwila napięcia (nomen omen) i koniec gry - game over, stała się światłość!
Dzieci rzucając się sobie w ramiona wiwatują ze śpiewem „We are the champions” na ustach (autentyk), ja wycofuję się w jakieś ciche miejsce przygotowując się na dogrywkę z mężem p.t. „po jaką cholerę próbujesz zemleć łyżkę i krzesło tym zepsutym młynkiem w zlewie, i to właśnie teraz?!!!”.
Początek świąt mieliśmy więc, jak się okazało, całkiem wesoły, za to później było już w miarę spokojnie. Nie zareagowałam, gdy na widok uginającego się od jedzenia, nakrytego stołu, Uleńka rozejrzała się ze zniesmaczoną miną i wykrzyczała „gdzie są moje płatki z mlekiem”. Nie nakrzyczałam na Olka, który pod stołem próbował rozprawić się ze szmacianą lalką odżynając jej rączkę nożem do masła. Wreszcie nie ukatrupiłam dzieci, gdy zorientowałam się, że wszystkie ciasta mają wyjedzony środek, wyskubane bakalie i wylizaną polewę. Może trochę tylko zbuntowałam się w lany poniedziałek, kiedy bitwa między chłopcami przeniosła się niespodziewanie na nasze małżeńskie łoże.
Oficjalnie ogłaszam zatem, że mimo pandemiczno - technicznych przeciwieństw losu święta uznaję za udane!!!!