ZNP+

Blog niekoniecznie ukierunkowany... autorka nie ponosi odpowiedzialności za rozczarowania 😜

Dzikie zwierzęta. Cz.1

Zawsze lubiłam się włóczyć i obserwować dzikie zwierzęta. Takie spacery często kończą się spotkaniem face to face i nie zawsze wychodzą tak jakbym sobie tego życzyła.

Ostatnio, na przykład, w mojej okolicy regularnie zaczęły pojawiać się łosie. Ich ślady są wszędzie i nie mam na myśli tylko tropów łap czy co one tam mają. Trzeba naprawdę się nagimnastykować by nie wleźć w kupę (nomen omen) … kupy 😊. Jednak osobiste spotkania z łosiem miałam do tej pory dwa, jednym z nich chyba nie za bardzo powinnam się chwalić, cóż...
Byliśmy u przyjaciół na Polesiu, Kajtek w brzuchu, brzuch duży, a ja z wszystkimi możliwymi dolegliwościami ciążowymi, ale za to dosyć łatwa w obsłudze kulinarnej. W owym czasie żywiłam się tylko i wyłącznie kiełbasą z grilla: na śniadanie kiełbasa, na obiad kiełbasa, na kolację kiełbasa. Taki wyjazd pod szyldem kiełbasy.
Pewnego ranka nie mogąc się doczekać należnego kiełbasianego przydziału postanowiłam ruszyć na spacerek. Zaszło mi się troszkę dalej niż bym chciała i planowała, zegarka nie miałam, telefonu nie wzięłam i jak się później okazało rozumek też został w domu na półce. Nagle na ścieżce pojawiło się coś wielkości konia, ewidentnie tak samo jak ja rozgarnięte, niewidzącym wzrokiem omiotło drogę i … zauważyło mnie. Jako że w ciążach (liczba mnoga nie bez przyczyny) myślenie i refleksje pozostawiam innym - zamiast zrobić niezwłocznie „w tył zwrot” stałam na środku drogi z rozdziawioną paszczą, chłonąc niecodzienny widok. Zwierzę postanowiło działać pierwsze i ku mojemu wielkiemu rozżaleniu zaczęło wycofywać się nie spuszczając mnie przy tym z oka. Widać było, że nie ma doświadczenia w kierowaniu … zadem, i tu zauważyłam pierwszą cechę wspólną. Jakby nie patrzeć, też mistrzynią jazdy na wstecznym nie jestem. Poczekałam zatem grzecznie na zielone światło, a następnie bardzo podekscytowana ruszyłam dalej w drogę powrotną.
Pod domem czekał na mnie mój mocno zaniepokojony mąż. Nie zważając na jego pełne wyrzutów wypominki (coś ty zrobiła, gdzie byłaś, dlaczego nie masz telefonu, dlaczego nie powiedziałaś, że wychodzisz, to dlaczego mnie nie obudziłaś i tego typu nudy…) radośnie oznajmiłam: „Misiu, misiu widziałam w lesie …osła”. Słysząc to, moja niezawodna przyjaciółka krztusząc się kawą wydusiła: „wiesz, w tym lesie jest tylko jeden osioł: TY”. Zaintrygowana ustaloną w międzyczasie rzeczywistą tożsamością „osła” postanowiłam przejrzeć literaturę łosiową. W poszukiwaniu podobieństw międzygatunkowych natknęłam się na takie zdania: „na szyi zwisa mu (łosiowi) narośl tłuszczowa, która pokryta jest długim, czarnym włosem” … Hmm, włosów co prawda nie mam, ale nad resztą usilnie pracuję.„(…) Na grzbiecie, w okolicy kłębu, widoczny jest garb. Zad łosia jest położony dość nisko” ... No tego już nie będę komentować, ogólnie nie lubię chyba ani łosi ani zoologów!
Wiosna idzie, będzie lepiej😊 - tym optymistycznym akcentem chciałam serdecznie pozdrowić wszystkie owalne 40+. Niech moc będzie z nami😊)))