O moim odchudzaniu, a raczej jego braku można by napisać całkiem grubą książkę. Nie byłaby to lektura pełna nagłych zwrotów akcji, bardziej nudne, niezaskakujące tomiszcze.
Pamiętacie film "Dzień Świstaka", wiecznie powtarzający się i zapętlający motyw? Regularnie co dwanaście miesięcy zaczyna się akcja pt. "Nowy Rok - Nowa Ja". Plan super, wykon jak zawsze. Najpierw sprawa z pierwszym stycznia: kto po Sylwestrze myśli o diecie?! - wiadomo, że tego dnia liczy się tylko przetrwanie. Drugiego stycznia napotykam na trudności z zaopatrzeniem, przecież po przerwie świątecznej trzeba zrobić zakupy, uzupełnić zapasy i przygotować się do zdrowego odżywiania. Trzeci dzień stycznia jest zupełnie bez sensu, lubię mieć wyraźne punkty brzegowe i nie będę zaczynać zmian w środku tygodnia, kto powiedział, że taka na przykład sobota nie może być środkiem tygodnia? Poczekam do poniedziałku. Tymczasem, skoro jeszcze nie jestem na diecie, na której przecież już zaraz będę, to mogę sobie odrobinę poużywać … Dzięki temu od tego myślenia o odchudzaniu zawsze tyję kilka kilogramów, żeby wreszcie w TEN „poniedziałek”, rozpaczliwie wybierać jedną z opcji:
któreś z dzieci jest chore więc nie będę gotować dwóch obiadów, bez sensu,
przecież nie wyrzucę tych wszystkich zakupionych wcześniej pyszności, najpierw je wyjem, później zacznę się odchudzać,
muszę namówić męża by mi towarzyszył w niedoli, w końcu tak jak w opcji „a” nie mam ochoty na przygotowywanie kilku różnych posiłków,
na koniec ostatnie koło ratunkowe, czyli opcja:
zaraz będę miała okres (przy czym pod słowem „zaraz” może kryć się przedział czasowy od 2 do 20 dni, w zależności od potrzeby), mam napięcie i nie mogę narażać rodziny, że będą musieli je przetrwać bez MOJEJ czekolady.
W ciągu kolejnych tygodni, miesięcy (lat… - kąśliwy dopisek męża) pojawiają się rożne nowe powody, problemy czy raczej POMYSŁY na usprawiedliwienie, dlaczego to właśnie nie jest ten dzień. Pani Niedasię, Mistrzyni Pretekstów.
Nawet kiedy w końcu stanę na tą wagę (tutaj wskazówka: zawsze rano po prysznicu i porannej toalecie if u know what I mean 😉, oczywiście nago, bo nawet mokre włosy i ręcznik mogą robić cyfrę) i stwierdzę, że już przegięłam, koniec z pretekstami, muszę zacząć dbać o siebie tu i teraz … to zapału starcza mi do jakiejś 17.00.
Taka „five o’clock diet”: rano kasujemy słodycze z pola widzenia, jogurcik naturalny lub owsianka, później jakiś koktajl, obiadek też często dietetyczny, a po obiadku? Zaczyna się jazda, powinnam mieć tantiemy od każdego wykonania „Gdy widzę słodycze to kwiczę” Braci Golców.
Klasyka uzależnień - buszowanie po szafkach, przeszukiwanie wszystkich skrytek, nienawidzenie siebie, chłopa, dzieci, wszystkich, których da się oskarżyć o niedopilnowanie lub uszczuplenie słodkiego zaopatrzenia.
Na szczęście jedna z moich bliskich sąsiadek nie ma takich głupich pomysłów jak ja i zawsze ma coś słodkiego w domu. Kiedy więc naprawdę już staję pod ścianą alternatywa jest marna - albo wymorduję rodzinę (opcja a), bo ktoś mi wyżarł czekoladę z kokosem, zakupioną w konkretnym sklepie tę jedną, jedyną, starannie schowaną na czarną godzinę, albo złamię się (opcja b) i pójdę do Mojego Sąsiedzkiego Dobrego Ducha na kawę, herbatę, drinusia czy cokolwiek. Biorąc pod uwagę, że do cokolwieka dołączony będzie talerz słodkości, wybór jest oczywisty, kocham swoją rodzinę. Nie bacząc na poczucie poniżenia, wstydu i własnej porażki idę jeść. Yyyy… to znaczy pić, pić oczywiście! Bo to jedzenie przecież mimochodem, przy okazji.
W sumie jednak konsekwentna dieta „five o’clock” nie jest taka zła, oszczędzam się przynajmniej do popołudnia. Dzięki temu są szanse, że mimo wszystko przez cały dzień zjem mniej kalorii niż gdybym od rana sobie folgowała. Dużo gorsza jest na przykład dieta od poniedziałku do soboty – sześć dni wyrzeczeń, a w niedzielę nagroda i jesz, ile chcesz. To nie działa, bo mimo wszystko magiczna, przeklęta 17.00 nie znika, a jak w weekend zacznę sobie używać, to moja niedziela kończy się gdzieś około 24.00 w sobotę. Za tydzień.
Wszystko to brzmi żałośnie, wychodzę jednak z założenia, że uświadomienie sobie problemu też jest postępem. Najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku, czasem od tysiąca pierwszych kroków 😉, dlatego też moje czujne koleżanki, moje Anioły Stróże Kalorii, nie musicie wiedzione entuzjastyczną troską przysyłać mi screenów z mojego FB. Ja dobrze wiem, że potrafię w jednym momencie komentować posty jakiejś znanej dietetyczki, wygrzebywać receptury-cud na zdrowe i małokaloryczne przepisy, i chwilę później bombardować fanpage producenta litewskiego parmezanu, żeby w końcu włączył w ofertę wysyłkową te cholerne czekoladki z serem. Proszę się rozsiąść i przyzwyczaić, tak już zostanie 😉. "Internety" dawno przewidziały takie scenariusze – na dowód odsyłam do wiersza autorstwa niejakiej Madamme Motylek:
Oda do słodyczy
Och! Gdzie jesteście moje ulubione:
Kakaowe wafelki
W czekoladzie precelki
Czekoladki karmelowe
Pastylki miętowe
Pierniczki lukrowane
Wedlowskie torciki
Ze śmietaną beziki
Cukierki cytrynowe
Chałwy waniliowe…
Kto was schował przede mną?
Do jakiej czeluści?
Na to głosy:
"A juści! Sama nas schowałaś, bo się
Odchudzać chciałaś"