Myślę, że każdy rodzic może pochwalić się historyjkami z serii tych obrzydliwych scenariuszy, nie dla wrażliwców i słabeuszy. „Każdy ma mambę” więc jako mama trójki dzieci „mam i ja” 😊.
Początek będzie jak u Hitchcocka, z grubej rury. Siedząc ze ślubnym w kuchni kątem oka widzimy, jak jedna z naszych latorośli wbiega do domu i galopem udaje się do łazienki.
Po chwili wahania niepewnym głosem zwracam się do męża z prośbą by skontrolował sytuację, ponieważ w łazience stanowczo już za długo było niepokojąco cicho.
Kontrola nie trwała nawet sekundy, Mężu wraca cosik w kolorze powiędniętego szpinaku i drżącym głosem wysapuje: "Natalia przepraszam Cię, ale ja nie dam rady..."
Sprawa ewidentnie jest poważna, bo facet odporny, z niejednej pieluchy sprzątał. Niespodziewana rejterada zwiadu kryła w sobie obietnicę upojnych chwil i nakazywała przygotować się na najgorsze więc pełna niepokoju postanowiłam ruszyć z odsieczą.
Nie rozumiem, dlaczego w horrorach koniecznie trzeba się zabijać i mordować, a po ścianach obowiązkowo mają spływać potoki krwi. Sceny z dziećmi i kupą w roli głównej nie jednego zupełnie spokojnie przeraziłyby bardziej niż jakieś tam banalne, rzeźnickie morderstwo. Przy okazji takie historyjki mogłyby służyć w kampanii społecznej: „Durex przypomina: Obywatelu, zabezpieczaj się albo wpadniesz w kupę po pachy”, czy jakoś tak 😊.
Więc wpadam z duszą na ramieniu do łazienki i widzę, że nie widzę mojej łazienki. Nic nie widzę… Spokojnie mogłaby to być scenografia do jakiegoś horroru.
Sekwencja zdarzeń była następujące: maleństwo tak dobrze bawiło się na dworze, że z deczka za późno uświadomiło sobie swoje potrzeby fizjologiczne. By ratować sytuację młody człowiek udał się świńskim truchtem w kierunku muszli klozetowej jednak nie zdążył z tym z czym biegł. Czując powagę sytuacji dziecię wpadło na najgorszy z możliwych pomysłów… zamiast zostawić swoje wyrobiny tam, gdzie … spadły, postanowiło po sobie posprzątać, choć to też jeszcze nie było najgorsze. Otóż najstraszniejsze było, że porządkowanie dokonało się z użyciem zmiotki….
Wyobraźcie sobie efekt. Stop! Lepiej nie. Wszystko… wszędzie… Teksańska masakra piłą mechaniczną przy tym, to Miś Kolargol….
Inna kupna historia była nie mniej efektowna, ale scenariusz raczej obyczajowy. Jedno z dzieci akurat na etapie nauki korzystania z nocnika.
Po kilku dniach bezproduktywnej walki postanowiłam wymienić nocnik na taki z melodyjką, wmawiając młodzieży, że jak odpali produkcję to nocniczek ucieszy się i będzie śpiewał piosenki.
Zanim zdążyłam wrócić do sypialni usłyszałam wiwatujące dziecko na tle radosnej nocnikowej piosenki (na pierwsze dźwięki tej melodii do dzisiaj wpadam w popłoch).
Posprzątałam, pogratulowałam i niestety przeoczyłam, że milusińskie nie do końca ogarnęło temat kierunków i stron nocnika, dzięki czemu siadało przodem do tyłu.
Podczas gdy w ciągu kolejnych 20 minut sytuacja powtarzała się kilka razy, ja z uśpioną czujnością zalegałam na zasłużonym odpoczynku. Zanim jednak zdążyłam złapać oddech usłyszałam krzyk męża, który właśnie wrócił z pracy i szanując zasady dystansu społecznego (prorok?) w pierwszych krokach udał się do łazienki umyć ręce.
Co się okazało? Nasze dzieciątko upojone sukcesem i skoczną melodyjką opróżniło już cały pęcherz wytężając się jak tylko mogło i ryzykując odwodnieniem organizmu byle tylko przedłużyć karaoke z nocnikiem. Efekty wysiłków w postaci twardszych argumentów pojawiły się niejako naturalnie i niemal natychmiast.
Sęk w tym, że potworek czynił to siedząc - jak już nadmieniłam - przodem do tyłu nocnika, dzięki której to sztuce wspomniane efekty lokowały się w zasadniczej mierze poza naczyniem. A że młode porządne chwilowo było (taki etap rozwojowy) to postanowiło posprzątać po sobie.
Horror i Izaura w jednym: Ślubny wraca po ciężkim dniu z pracy i zastaje przysypiającą żonę oraz latorośl przenoszącą rączkami z upaskudzonej podłogi nadprogramową produkcję do nocnika.
W tle wenezuelska, gorąca noc… Wróć 😊! Nawet nie próbowałam się tłumaczyć...
Ostatnia sytuacja z kupną bohaterką ma rys śledczy. Idąc do ogrodu zauważam dziwne ślady na tarasie i strzelam nieświadomie żarcik: „albo błoto, albo kupa”, na co młode beznamiętnym głosem rzuca "mamo, to kupa". "A skąd kupa na tarasie??? Bo w nią wlazłem? I co zrobiłeś synku? Pobiegłem umyć stopy."
Sytuacja JEST poważna. Tomek blednie mrucząc, że miał nadzieję, że te ślady w łazience i w domu to błoto... . "Młody, a gdzie umyłeś nogi? W umywalce. A jak? Wytarłem rączką. A umyłeś rączkę? Tak, ale później, bo jak byłem na trampolinie to się zorientowałem, że rączki pachną kupą…".
Normalnie CSI, kryminalne zagadki środkowego Mazowsza….
Doświadczenia skatologiczne są najwyraźniej u (moich) dzieci jednym z elementów rozwoju. Ostatnio znalazłam we wspomnieniach na FB płaczliwy wpis z cyklu: „Ja chcę małą, śliczną, subtelną dziewczynkę w różach.” Przyczyną rozpaczy była poranna rozmowa z moim synkiem: " Mamo, prawda, że czarny i brązowy są bardzo ładnymi kolorami? Prawda syneczku. A co ma taki kolor, że tak Ci się spodobało??? KUPA"
Teraz jednak jest już bardziej elegancko i naukowo, techniki opanowane, kierunki świata też. No i absolutnie nie używa się słowa „kupa” ponieważ młodzież uważa je za brzydkie i wulgarne. W zamian za to dzielny zastęp przemądrzałych potworów chodzi „zrobić kał…”. 😦
Powiedzcie, że nie macie takich historii, co? I tak nie uwierzę 😊. No chyba, że nie macie dzieci. W takim razie przyznajcie się, jest schadenfreude 😊 nieprawdaż?