ZNP+

Blog niekoniecznie ukierunkowany... autorka nie ponosi odpowiedzialności za rozczarowania 😜

Nowe szaty Cesarza... tfu! Królowej

pic

Mieszkając kilka lat w Warszawie z niegasnącym z rozbawieniem przyglądałam się ciągłemu stadnemu pędowi za trendami mody. Ponieważ przez jakiś czas pracowałam w śródmieściu stolicy, zawsze, gdy tylko wysiadłam z samochodu miałam wrażenie, że jestem bohaterką Gwiezdnych Wojen. Atak klonów.

W owym czasie panował szał na takie śmieszne koczki na czubku głowy i szarawary Sindbada z krokiem na wysokości kolan itd., itp. Nie ważne było, że dziewczyna ma metr wzrostu i wygląda jakby nóg nie miała, albo same kostki, przy tym za żadne skarby nie powinna odsłaniać całej twarzy - nie zważając na jakiekolwiek przeciwwskazania paradowała w sterczącym w trendowej erekcji koczka. Przepraszam, nie paradowała, ale paradowały, klony, zastępy klonów, tłumnie i dumnie wystylizowane na beznogich samurajów. Ubrana w zwykłe jeansy i T-shirt czułam się jak trendsetterka - outsiderka, byłam jedna, jedyna, wyjątkowa na całej ulicy. Wyróżniałam się.
W końcu przeprowadziliśmy się na wieś, w zgoła odmienne okoliczności modowe. Pewnego dnia oniemiałam z zachwytu dostrzegając przez okno sąsiadkę, która wyszła na spacer z psem… w męskim szlafroku, by dodać pikanterii to najprawdopodobniej frotte (a jakże!), z fajką w ustach, z fryzurą typu… brak fryzury i w jakiś futrzastych ciapach, na które pewnie polowały wszystkie koty w okolicy. Widok cudny i napawający mnie optymizmem. Wkrótce potem skumplowałam się z inną sąsiadką, która wpadała na kawę w łaciatej piżamie ewidentnie stylem i futerkiem nawiązującej do mućki stołującej się na łąkach. Wreszcie mogłam odetchnąć i ze szczęścia wykrzyczeć mężowi: Misiuuuuu to jest właśnie moje miejsce na ziemi. Po tym odkryciu szybciutko zrobiłam porządki w garderobie i podzieliłam dresy na: te na spacer z psem, te po domu, te na zakupy i po dziecko w przedszkolu. Resztę ciuchów w ramach odreagowania po "warszawce" upchnęłam na dolnych, trudno dostępnych półkach. Sielanka dresowa trwała dość długo, tym bardziej, że wyprowadzaliśmy się z miasta, gdy byłam w dość zaawansowanej ciąży.
W końcu jednak przyszedł czas refleksji. Jeździł wówczas po wsi pewien listonosz, starszy Pan, którego darzyłam niezwykłą sympatią. Pan miał wyjątkowy dar przyjeżdżania w najmniej odpowiednim momencie, przez co widywał mnie nierzadko w różnych wyszukanych kreacjach, fryzurach, a przy tym nigdy, przenigdy nie widziałam w jego oczach rozbawienia, kpiny ani litości. W ramach zwykłej ludowej rozrywki typowej polskiej wieśniaczki, jaką nieodmiennie się czuję, bardzo szybko całą sytuację z listonoszem potraktowałam jako wyzwanie. Oczekując poleconego stroiłam się zatem w coraz to bardziej dziwaczne ciuchy z nadzieją na jakąkolwiek jego reakcję, uśmiech, grymas czy cuś. Nic, profesjonalna obojętność. Z pomocą nie przyszedł nawet polarowy pajacyk - kombinezon w reniferki, postanowiłam więc wytoczyć najgrubszą artylerię. Wbiłam się w pluszowy, różowy strój jednorożca. Wyglądałam świetnie. Miałam róg na kapturze i ogon, no i brzuch mieszczący Olka, który lada moment miał się urodzić (Olek, nie brzuch 😊). Dzwonek domofonu, biegnę w euforii pt. „mamy to” iiiii….. nic…zero reakcji, zero uśmiechu. Nic…
Do tej pory nie wiem czy Starszy Pan już z góry skazał mnie na modową zagładę, czy w innych domach widywał podobne obrazki. Tak czy inaczej rozczarowanie było straszne, listonosz zabił mój głód rozrywki, radość życia, ciekawość ludzi… Nigdy już się z tego nie podniosłam😊
Po siedmiu latach odreagowałam Stolicę na tyle, że oprócz standardowych dresów oraz tych na specjalną okazję, pojawiają się w końcu nieśmiało inne elementy garderoby. Wśród miejscowych koleżanek mam znów kilka samurajek z Bagdadu, calineczki z bufkami, falbankami i pantofelkami królewny, koleżanki z kontraktem reklamowym na metki itd…, ale i tak największą sympatią modową obdarzam niezmiennie moje ukochane dresiary. Ślubny na szczęście ze spokojem, a nawet skrywaną sympatią patrzy na te moje dresowe szaleństwa i abnegacki stosunek do wszelkich dress (nomen omen)codes. Niemniej pisząc ten tekst uświadomiłam sobie, że w ten sposób wyhodowałam nowego „profesjonalnego listonosza” na własnej piersi (jakkolwiek by to źle nie zabrzmiało). Nie jestem w stanie chyba niczym zdziwić, czy zaskoczyć mojego męża.
Udało się to tylko raz i to przez przypadek😊. W 36 tygodniu ciąży - tak jak podpowiadały wszelakie poradniki - spakowałam szpitalną walizkę. Pech chciał, że tuż obok niej rzuciłam nierozpakowaną torbę Kajetana z balu przebierańców. Nadszedł moment, kiedy ślubny postanowił zainteresować się rzeczami, które trzeba zabrać do szpitala:
„Gdzie są Twoje rzeczy? No tam w kącie, przy drzwiach do łazienki. A, ok!...Matko!!! Po cholerę Ci strój krokodyla!?😊