Każde z moich dzieci jest inne. Najstarszy syn to stworzenie o wielkim sercu i wrażliwości. Długo unikał bójek i przepychanek, żył sobie w wyimaginowanym świecie idei bez przemocy i agresji.
Musieliśmy nad nim pracować, by zaczął reagować na zaczepki, nie mówiąc już o samoobronie: „Wychowawczyni prosiła by tego nie robić, nie można samemu wymierzać sprawiedliwości” padał za każdym razem pryncypialny argument. Z takim podejściem w obliczu konfliktów dziecko stawało pod ścianą. Kiedy działa mu się krzywda nie mógł zwrócić się do nauczyciela o pomoc, ponieważ nie wolno było skarżyć (nie honor) i jednocześnie nie mógł sam się bronić, ponieważ „nie można wymierzać samemu sprawiedliwości”.
Długo nie potrafiliśmy wytłumaczyć, że z jednej strony „pani” ma rację, z drugiej zaś każdy ma prawo do samoobrony także werbalnej. Z pomocą przyszedł ówczesny trener karate, któremu zwierzyłam się z kajtkowego problemu. Chłopisko stanęło nade mną z groźną miną i wykrzyczało: „zawsze mówiłem, że baby nie powinny mieszać się do wojny”, następnie jedną rozmową z głównym zainteresowanym ogarnęło temat. Nie wiem co sensei powiedział, nie wiem co zrobił, ale zadziałało. Kajtek z pokornego cielaka przedzierzgnął się w chłopca, który potrafi zawalczyć o swoje. Nadal jednak gen agresji jest mu obcy, pozostawił to młodszemu rodzeństwu, sam cyzeluje do perfekcji szeptaną złośliwość.
Zaraz po nim nastała era Aleksandra. Imię chyba zobowiązuje - Oluś to rodzinny fighter, choć nie od razu się ujawnił. Przez moment zastanawiałam się nawet, jak to z nim będzie, bo gdy przychodziłam po Młodego do przedszkola inni chłopcy bawili się w policjantów i złodziei, on natomiast spacerował po placu zabaw trzymając za rączkę ulubionego przyjaciela.
Bawili się też razem z dziewczynkami w rodzinę: oni dwaj byli "dzidziami" i z powodu tych „dzidzi”, prędzej niż nasze sprytne niewiniątka, za kudły brały się dziewczynki.
Niemniej Młody zawsze był wybuchowy (temperament niestety po mamusi) i czułam przez skórę, że etap „dzidzi” nie będzie trwał wiecznie - zgodnie z przewidywaniem aktualnie sytuacja nieco się zmieniła.
Olo jest ciągle malutki i drobniutki, ale pięściami macha jak zawodowy bokser (tak szybko, nie tak skutecznie 😉). Uwielbia wchodzić w konfrontacje, by nie napisać, że wręcz z lubością je prowokuje.
Gdy jego kolega skonfliktował się z pewnym chłopcem i Młody dostał ciche pozwolenie, by w razie czego pomagać w rękoczynach, był bardzo zadowolony. Odtąd codziennie wracał z przedszkola szczęśliwy jak świnka, racząc mnie promiennym, dziecięcym, szczerbatym uśmiechem i triumfalną relacją: „mamusiu dzisiaj się dusiliśmy, mamusiu, ale dzisiaj się fajnie szarpaliśmy, mamusiu, ale dzisiaj dostał kopniaka”.
Jednak pewnego dnia do domu wróciło bardzo smutne dziecko. Okazało się, że „oprawca” ulubionego kolegi nie przyszedł na zajęcia. Kiedy w kolejnych dniach sytuacja powtórzyła się Olek w końcu nie wytrzymał i poprosił mnie:„mamo, zadzwoń do jego mamy i zapytaj kiedy X będzie znowu w szkole”. Wzruszona i pełna nadziei, że pewien etap mamy w końcu za sobą, a chłopcy wreszcie zaprzyjaźnili się zapytałam nieroztropnie: „Co, Malutki, stęskniłeś się...?😊”, „Nie mamo, to nie to. Po prostu nie mam z kim się bić”.
Dzisiaj przypomniały mi się te wszystkie sytuacje, ponieważ Oluś ewidentnie wkurzony przyszedł i lojalnie uprzedził: „mamo, ale Ula mnie wkurza, wkurza tak bardzo, że mam ochotę jej przywalić!!!”. Nie ma wątpliwości, że nie są to czcze pogróżki.
Następna w kolejce po Olku jest moja księżniczka Coccolina. Niestety ukochane róże, falbanki i warkoczyki dają tylko złudne wrażenie wrażliwości i bezbronności.
Ula jak rasowy dzikus nigdy nie bierze jeńców. Kiedy coś jej się nie spodoba, a nie podoba się jej często (ktoś zabrał jej zabawkę, ba!… ktoś spojrzał na jej zabawkę, ktoś coś źle powiedział, albo powiedział nie odpowiednim tonem itd.), zapowiedzią nieuchronnego ataku jest krzyk i pisk o częstotliwości powodującej, że moje serce na chwilę przestaje bić.
Po takim wstępie Coccolina przechodzi do czynów, w wyniku czego mam swoich chłopców podrapanych tak, jakby stoczyli pojedynek ze stadem kotów i pogryzionych jakby jeszcze na dokładkę dopadła ich wataha psów.
Kajtek z racji naturalnych przewag ma swój sposób radzenia sobie z wybuchową panienką. Ze świadomością siły i rozmiarów nie podnosi ręki na Małą, po prostu bierze ją za fraki korzystając z zasięgu ramion i wynosi z pokoju nie zważając na księżniczkowe, często mało eleganckie złorzeczenia.
Oluś jest nie wiele wyższy i nieznacznie tylko cięższy od Uli, ale temperamentu, jako się wyżej rzekło, mu nie brakuje. Często więc zanim zdążę dobiec, Coccolina napędzana siłą kopniaków leci przez cały dom, by chwilę później zaliczyć twarde lądowanie na twarz lub pupę.
Po takiej zniewadze nasza Księżniczka wpada w czarną rozpacz. Z jednej strony wie, że trochę zasłużyła, z drugiej zaś nie może pogodzić się z brutalnymi konsekwencjami i skalą doznanej zniewagi. Przychodzi wtedy do mnie cała zapłakana i łkając komunikuje: „mamo, nie wiem jak się ogarnąć i uspokoić”.
Czekolada zawsze pomaga.
Ta bezradna spowiedź, brzmi całkiem patologicznie. Jakby się temu przyjrzeć niełaskawym okiem - jesteśmy świetnymi kandydatami do niebieskiej karty. Z tej przyczyny serdecznie pozdrawiając aktywistów i wzmożonych moralnie działaczy społecznych, na wszelki wypadek zaznaczam, że odbyliśmy wiele rozmów z dziećmi wyjaśniając i napominając, że nie tak to powinno wyglądać. Za każdym razem uściskom, przytulasom i przeprosinom nie ma końca …
Przecież rodzice tak się nie zachowują, prawda 😉!? To skąd te wzorce!?
I w zasadzie to działa. Aż do następnego zgrzytu 😊.