Moi Drodzy, jak tam Wasze wakacje?
My jesteśmy na chwilę przed, ale przygotowania rozpoczęły się tradycyjnie - pół roku wcześniej.
Co sezon zadaję dzieciom retoryczne pytanie: „dzieciory, gdzie chcecie jechać?”
Moje potworki znają tylko jedną słuszną odpowiedź: „My chcemy nad nasze morze”.
Tradycyjny również komentarz mojego ślubnego brzmi: „jesoooo, znowu morze, a dlaczego nie Małkinia!?”
To taki nasz małżeński rytualik od czasu, gdy na radosne „Kochanie, gdzie jedziemy na naszą podróż poślubną?” usłyszałam: „jak to gdzie? do Małkini, no może do… Ostrołęki”.
Po ustaleniu miejsca, terminu, rezerwacji, wpłacie zaliczki (i znowu: „jesoooo, dlaczego tak dużo? taniej byłoby nawet w Małkini”) następuje kilka miesięcy luzu.
Teksańska masakra piłą mechaniczną zaczyna się na tydzień przed godziną zero. Wówczas na ogół okazuje się, że złośliwe dzieciory właśnie postanowiły wyrosnąć z całej odzieży i na szybko trzeba im uzupełniać garderobę. Radośnie odpalamy sandały by móc nacieszyć się bieganiem po sklepach, teraz już z całym stadem u szyi (wakacje, niech żyją wakacje) i wydawaniem coraz szybciej topniejącego stosika pieniędzy.
Kolejnym etapem jest zabezpieczenie naszej bernardynicy na czas wyjazdu. Jak jest dobry „rok psi” problem rozwiązuje mój Papa, śmiejemy się, że Toska jest jego ukochaną wnuczką. Pod kuratelą Dziadka psica jest zaopiekowana, wybiegana i potwornie rozpieszczana, więc kiedy wracamy z urlopu pies bynajmniej nie wygląda na specjalnie ucieszonego tym faktem.
Tata, podobnie jak ja uwielbia i hołubi wszelkie zwierzęta, tylko raz zdarzyło się nam w tej sprawie malutkie spięcie, takie tyci, tyci. W ramach ostatnich wskazówek przed wyjazdem informuję rodziciela: „Tato, w kuchni mamy mysz. Rozstawione są pułapki i rozsypana trutka. Jakbyś mógł kontrolować sytuację… „. Po czym uspokojeni tym, że dom i pies są pod dobrą opieką wyruszamy na urlop. Tam, dzięki mocy FB odkrywam z przerażeniem, że w kuchni mam nie tyle mysz, co całą mysią rodzinkę z małymi myszątkami! Jak na to wpadłam? Otóż wskazówką było zamieszczone (a jakże!) zdjęcie tatusiowego laptopa leżącego na stole, przy którym obok wylotu wiatraczka tłoczyły się malutkie myszki – oseski, fotka okraszona wpisem rozczulonego autora: „zwierzaczki grzeją się przy wiatraczku”. !!!.
Lekko spanikowana dzwonię z interwencją i mówię: „Tato, zapamiętaj proszę, na wsi myszy to wróg. Nie kochamy ich, nie opiekujemy się, nie dokarmiamy, likwidujemy problem na wszelkie nawet niehumanitarne sposoby!!!!! Myszy to ZŁOOOOOOO!” Z drugiej strony telefonu zalega głucha cisza, po czym obrażony, chłodny głos rzuca zasadniczym tonem „Dobrze, wyprowadzę je w pola, ale tam na pewno umrą”.
Jeśli Tato nie może zaopiekować się Toską, wówczas na pomoc biegną najwspanialsi na świecie Sąsiedzi, i tu też nie odbywa się bez wpadek. Któregoś roku musieliśmy zapewnić opiekę dla psa na ponad dwa tygodnie. Głupio było obarczać „psim problemem” jedną rodzinę na tak długi czas, wpadłam więc na pomysł, że klucze zostawię w kilku domach. Dzięki temu zawsze ktoś znajdzie czas by wpaść do sierściucha, napoić, nakarmić a nawet zapewnić mu spacerek.
Błędem okazał się brak koordynacji działań. Już po czterech dniach nieobecności zaczęłam dostawać od kolejnych sąsiadów niepokojące informacje, że z Toską jest coś nie tak: nie podnosi się nawet, jeśli ktoś wchodzi na działkę, jest wyraźnie osowiała itd.
Wytłumaczenie było zdecydowanie nieweterynaryjne jak się okazało, z pomocą przyszły (ponownie) zdjęcia z kolejnych psich spacerków. Każdemu z sumiennych Sąsiadów żal było samotnego pieska, więc gdy tylko znalazła się wolna chwila ochoczo ciągnęli sierściucha na w pola.
Bernardyn - jak wiadomo, owczarek górski, uwielbia fitness przy +30 w cieniu. Po takiej kuracji Toska z własnej woli zaczęła się domagać wyjścia dopiero gdzieś w okolicy listopada.
W tym roku sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, oprócz psicy i kotów musimy zabezpieczyć gekona (mały problem) i jego karmę - świerszcze (duży problem) 😊. Jak już jednak wspomniałam wyżej: sąsiadów mamy najlepszych na świecie, więc logistycznie wszystko udało się ogarnąć (chyba).
Tym czasem obkupieni w nowe ciuchy, po wypraniu tego, co wymagało odświeżenia plus zabezpieczeniu zwierząt zaczynamy najlepsze… pakowanie. Wyciągam nasze specjalne wakacyjne torby, każda wielkości dużej lodówki i zaczynam upychanie (bo słowo pakowanie nie bardzo obrazuje faktyczny stan rzeczy). Jak wiadomo nad naszym kochanym, polskim morzem w wakacje mamy trzy pory roku i trzeba uwzględnić wersję zimową, wiosenną oraz ekstremalne upały.
Wspomnę tutaj tylko, że samych par butów mamy przynajmniej 15, prosty rachunek: 5 osób x (sandały + trampki + kalosze) = gwarancja zapełnienia dużej torby. Z litości dla siebie pomijam ukochane klapki, klapeczki i inne babskie słabostki, a w tym domu już są dwie takie, które lubią mieć obuwniczy wybór!
Kolejna torba idzie na akcesoria plażowe: 10 kostiumów kąpielowych, 10 ręczników by mieć na zmianę, sterta szlafroków (by dzieciaczki nie marzły na plaży), koce, namiot plażowy…
Właśnie! z tym za każdym razem jest cyrk przy składaniu. Najczęściej próba kończy się pomocą życzliwych ludzi przy udziale niezłego, z każdą minutą rosnącego tłumu gapiów, którzy angażują się na przemian ciągnąc łacha lub dodając otuchy zachęcającymi okrzykami. Złożenie namiotu skutkuje entuzjastycznymi brawami, wiwatami, a mój prywatny bohater kłania się wszem i wobec, na prawo i lewo. Kurtyna.
W ramach rosnących gór niezbędnego ekwipunku nie wolno nie wspomnieć o piankach do windsurfingu, które przydają się przy wodzie o temperaturze minus 10 stopni, siatkach do łapania meduz, przeważnie tych zdechłych oraz akcesoriach do piasku. Licznych, bo uwzględniających opcję damską: foremki do robienia lodów, babeczek itd. oraz męską: sikawki do wody, lotniskowce, niszczyciele itd. Przy odrobinie szczęścia może uda się załadować do torby wszystkie dmuchańce: dwa krokodyle i ukochaną lamę Uli, które się przydadzą oczywiście pod warunkiem, że woda nie będzie miała temperatury minusowej. Albo nie będzie na tyle ciepła, że trzeba będzie bić się w niej o miejsce z rozochoconymi sinicami.
Na tym etapie zaczynam przeważnie nieśmiało sugerować już coraz bardziej wkurzonemu mężowi, że mimo dość pojemnego samochodu przydałoby się zamontować bagażnik na dachu, pieszczotliwie zwany „trumną”. „Tak Kochanie, wiem. Wózka już nie bierzemy, ale sam rozumiesz, ręczniki, dmuchańce, szlafroki, prześcieradełka z gumką... jak to po co? przecież nie lubisz, jak prześcieradło spada z łóżka. Poza tym kurteczki przeciwdeszczowe, kurteczki na chłodek, dwa koce by miały szanse wyschnąć, ekspresik do kawy z kapsułkami… Chyba żartujesz! … nie będziemy płacili 20 zł za kawę, a tej rozpuszczalnej nie da się pić. Wiesz, toster by się przydał, oni lubią tościki, żelazko, koniecznie pamiętaj o żelazku. Tak wiem, że są wakacje, ale nie będę teraz wszystkiego prasowała. Wolę prasować na raty. Dobrze, już dobrze, nie wrzeszcz, gofrownicy nie wezmę! Misiuuu a wiesz? tam wszystko podobno nad morzem takie drogie. Nie upchnąłbyś może thermomisia…? A! no i kilka noży, bo wiesz, że my lubimy na ostro😊”.
To jest moment, gdy sytuacja staję się delikatnie mówiąc napięta. Ślubny - jak co roku - przytłoczony rozmiarem rosnącego bagażu zaczyna mruczeć i gadać do siebie. Ja jak zwykle przed urlopem: na chwilę przed okresem (sekcja czytelniczek wie o czym mówię i że zawsze okresik na urlop), nie uchylam się od wejścia w kontrę, a nawet ochoczo wykorzystuję możliwość by ulać sobie nieco przedokresowego jadu. Zaczyna być milusio.
Na to wszystko nagle z wszystkich nor wyłażą Potworzaste ze swoimi ukochanymi zabawkami, skarbami i książeczkami nerwowo dopytując, gdzie można te wszystkie niezbędne rzeczy upchnąć.
Wreszcie, kiedy udaje mi się spakować siebie, trójkę dzieci plus całą stertę rzeczy przydatnych każdej polskiej rodzinie wybierającej się na urlop nad polskie morze… zaczyna coś we mnie pękać. Po jaką cholerę tam jedziemy???? Ledwo żyję, mam dość, jestem przemęczona, za stara na takie numery!!! Po co mi ten urlop??? „Kto wymyślił by w ogóle wyjeżdżać. Mamy w okolicy takie piękne plaże. Nie krzycz na mnie! Jak nie chcesz tego pakować to nie pakuj, ale nie wiem, jak Ty to powiesz dzieciom!!! Tak, na Twoje rzeczy została najmniejsza torba, co się głupio dziwisz??? Mogłeś dużych toreb kupić więcej!!!!”.
Przez te kilkanaście lat małżeństwa nie przypominam sobie by choć raz udało nam się wsiąść do auta w dobrych, radosnych nastrojach. Na ogół w pierwszych kilometrach podróży rozpatrujemy z mężem różne scenariusze rozwodu i kłócimy się komu w przydziale zostają dzieci, nie, nie o to z kim zostaną dzieci, tylko raczej z kim nie zostaną: „Ja ich nie chcę, są bardziej do Ciebie przywiązane!!!” „Weź się odczep, Ty więcej zarabiasz, u Ciebie będzie im lepiej!!!” itd. W tle wyraźnie narastają krzyki coraz bardziej poirytowanych bohaterów rozmowy: „mamoooo, tatoooo nie wygłupiajcie się!!!”. A kto tu faken mówi o wygłupach???
W tym roku zapowiada się jeszcze ciekawiej. Niedawno okazało się, że Ula z Olkiem mają chorobę lokomocyjną, wobec czego najlepiej wymiotuje się znienacka, między siedzenia, których nie da się wyjąć… Ale ciiiii, o tym innym razem😊.
Ahoj przygodo. Trzymajcie za nas kciuki.