ZNP+

Blog niekoniecznie ukierunkowany... autorka nie ponosi odpowiedzialności za rozczarowania 😜

Formikarium

pic

Zamiłowanie moich chłopaków do przeróżnej maści robali robi się coraz bardziej problematyczne.

Ostatnio przez okrągły rok, dzień w dzień toczą się dyskusje:
"NIE, NIE zamieszkam pod jednym dachem z żadnym pająkiem. Nie, bo nie!!! Nie muszę się tłumaczyć jakimś bździochom!!!!Tak, wiem, że będzie w terrarium, ale z mojego punktu widzenia niewiele to zmienia. Jak będziecie dorośli kupicie sobie całe stadko pająków. Tak wiem, jestem bezwzględna, nie, to nie jest nie fair!!!"
Nic nie poradzę na to, że robali nie lubię, a nawet się ich boję. Z perspektywy czasu uważam, że zdobyłam się na bohaterski czyn godząc się na Boa gekonicę, wiedziałam, że prędzej czy później cała procedura łapania cykusi z hukiem spadnie na mnie. O perypetiach z tym związanych pisałam już kiedyś. W każdym razie zanim oswoiłam się z karmówką gada, moje okrzyki było słychać w całej wsi, szczególnie, kiedy jeden Cykuś postanowił zakosztować wolności. Z poziomu krzesła (bo na biurko nie udało mi się już wskoczyć) musiałam podjąć szybko decyzję: zejść do zwierza by go zdjąć z trepa, czy już do końca swoich dni słuchać namolnego cykania dobiegającego gdzieś z kąta domu. Wybrałam opcję pierwszą, za co uprzejmie przepraszam wszelkich miłośników przyrody, na swoje usprawiedliwienie przypomnę , że świerszczyk i tak miał marnie skończyć, w gekoniej paszczy.
Aktualnie najświeższym pomysłem moich chłopców są niestety mrówki. Tymczasem odkąd mieszkamy na wsi mój stosunek do tych owadów uległ pewnej metamorfozie. Kiedy wprowadzaliśmy się pilnowałam zawzięcie Kajetana by nie przeszkadzał naszym działkowym insektom. Jak przystało na uświadomionego mieszczucha wciskałam dziecku kity typu: mróweczki tutaj mieszkały przed nami, to my jesteśmy intruzami itd.
Dzięki takiemu nastawieniu już po pierwszym sezonie miałam na działce jedno wielkie mrowisko. Mrówki były i są wszędzie. Niszczą rośliny, podkopują chodnik, taras itd. Co pewien czas robią również desant na dom i to jest przekroczenie granicy, za którą rodzą się atawizmy. Albo one albo ja, mój jest ten kawałek podłogi i żadnym mrówom nie dam się robić. Z ich patronackiego sklepu „Mrówka” (nomen omen) wykupiłam wszystko co się dało: proszek na mrówki, spray na mrówki, oprysk „pożegnanie z mrówką”, żel na mrówki, pułapki na mrówki… Taka mała obsesyjka ale ewidentnie niezbyt oryginalna, ponieważ rozleniwiony pan przy kasie wymruczał: „co, mróweczki?...” A więc wojna.
Wyobraźcie sobie zatem moją wściekłość, czy może bardziej bezradność, gdy moje dzieciątka zakomunikowały, że ich jedynym marzeniem, nadającym sens życia, bez którego już tylko rozpacz, beznadzieja i „(…)Coraz to z ciebie jako z drzazgi smolnej, Wokoło lecą szmaty zapalone(…)” jest posiadanie formikarium. Jako naiwna ignorantka najpierw pomyślałam: formikarium, coś z formami…?, może z modeliny będą coś robić... Niestety, mój najstarszy syn szybko naprowadził mnie na właściwą drogę myślenia. Jeszcze niedowierzając, chyba ze sto razy powtórzyłam: "… mamy całą działkę mrówek…tak???? I jeszcze mam zrobić im domek w moim domku, tak?! A co, jak się rozlezą?!! Mamy chałupę ze styropianu!!!! Jak to sobie wyobrażacie?!!!!!..."
Oczami wyobraźni widziałam już jak w ścianach naszego pasywnego igloo uciekinierzy robią sobie formikarium na własną rękę, ponad 600 metrów sześciennych formikarium, a w środku my. W charakterze eksponatu.
Niestety chłopięca mania mrówek trwa już trzeci rok i nie widać symptomów złagodzenia. Tam gdzie pojawiają się moje dzieci wszyscy od razu otrzymują przymusowe przeszkolenie z gatunków, upodobań kulinarnych, zwyczajów, łacińskich nazw (!!!) a nawet średnich cen w dostępnych w Polsce źródłach. Tak, tym cholerstwem się handluje, też nie mogłam uwierzyć. Dzieci znajomych wydają się nieodporne na indoktrynację moich bachorków, więc w ramach szkolenia praktycznego odbywa się wspólne nurkowanie po trawnikach w poszukiwaniu królowej matki hurtnicy pospolitej (Lasius Niger).

mrowka
Okazuje się jednak, że mrówki nie są jedynymi nieproszonymi lokatorami naszego wiejskiego domu. Co roku, późnym latem, zaraz po żniwach, jakieś dziwne żuczki postanawiają wprowadzić się nam na salony. Dzisiaj sprzątając pokój Olka kątem oka zauważyłam jednego takiego paskudniaka, przemieszczającego się po podłodze. W pierwszym odruchu sięgnęłam po ciapa by następnie wedle na szybko uknutego planu uplaskowić dziada raz na zawsze. Niestety, w połowie drogi musiałam szybko zmieniać trajektorię lotu udając, że tymże właśnie ciapem drapię się za uchem, ponieważ do pokoju nagle wparował Oluś, który radośnie oznajmił: „patrz mamo, Antek wrócił!!!!”. „Jaki Antek do cholery?!!” „No nasz Antek, oswojony żuczek, który mieszka z nami kilka lat.”.
Próbując złapać oddech zastanawiałam się jak ukryć przed synkiem cały stosik zmiecionych wcześniej na kupkę antków. Wtedy dotarła do mnie smutna świadomość: będąc mamą dwóch chłopców muszę oswoić się z tą bandą oblechów (mam na myśli zarówno robale, jak ich małych miłośników). Muszę nauczyć się nie wyskakiwać na dwa metry w górę na widok każdego robala, a w każdym razie nie wykrzykiwać przy tym wszystkich znanych mi inwektyw. By rozpoznać wroga bojem zgodziłam się na formikarium.
Niechaj Miłościwy ma mnie w swej opiece.