Dawniej, za czasów małego Kajtka nie było problemu z pobudką, bo nic takiego nie istniało. Młody praktycznie w ogóle nie spał, trudno więc było mówić o rozpoczęciu dnia.
Nasza doba trwała dwa lata, jednym ciągiem, z małymi tylko przerwami. Potem sprawa się uregulowała, Oluś i Ula na szczęście zawsze lubili spać, ten dar mają po mamusi.
Jeśli tylko uda nam się znaleźć jakiś kącik do ściółkowania, od razu robimy z niego użytek.
Nie ważne jest miejsce, pora dnia itd. – drzemka...! W ten sposób do repertuaru wróciły poranki.
Tegoroczne wakacje, jak zwykle, rządziły się własnymi prawami.
Spaliśmy wszyscy w opór, a jeśli któryś potworek wstawał za blisko świtu, miał ciche pozwolenie na oglądanie bajki lub czytanie książeczki.
Wcześniej - wiadomo - nauczanie zdalne, też miało swoje zalety! Kajetan formalnie musiał zameldować się przy komputerze o godzinie 8.00.
Profilaktycznie nie odpalał jednak kamerki (internet na ogół rano „rwał” 😉), więc nie musiał się przebierać, a śniadaniem interesował się dopiero gdzieś koło 10.
Wszystko to oznaczało bezcenny czas na nabranie porannego rozpędu …
I nagle przyszedł wrzesień 2021: ja, która nigdy nie byłam rannym ptaszkiem, kontra trójka potworzastych, z nagłym przypływem miłości do długiego porannego snu.
Po miesiącu prób i błędów mogę powiedzieć, że wreszcie wypracowałam skuteczne, pobudkowe metody:
Zakradam się cicho do sprzętu grającego i puszczam na fulla jakiś kawałek np. Blur Song 2. Uwaga techniczna: piosenki typu „Jak dobrze wstać skoro świt” nie sprawdzają się w ogóle!!!!
Druga moja ulubiona metoda zawiera także element zakradania się.
Ponieważ obaj chłopcy mają łóżka piętrowe, wybieram ofiarę (tzn. oczywiście ukochane dzieciątko), która zasłużyła sobie na chwilę mamusinej uwagi, wślizguję się pod synowe łoże i zaczynam wrzeszczeć co sił w piersi.
Repertuar mam mocno ograniczony, jeśli jestem już jakiś czas na nogach rozlega się „Pobuuuuuuudka wstać, kooooniom wody dać”.
W wariancie zaspanym, bardziej refleksyjnym odśpiewuję"Panie Janie".
Na trzy głosy 😊!...
Co ciekawe, chłopcy są już na tyle przyzwyczajeni do moich porannych, agresywnych napaści, że kiedy w przypływie matczynej czułości podeszłam raz do Kajtka i pogłaskałam go w ciszy po buzi
usłyszałam reprymendę: "Mamoooo!!!, ale mnie przestraszyłaś!!!. Pojawiasz się tak z znikąd…".
Innym razem, gdy nie miałam siły na psikusy krzyknęłam zwyczajnie z nad porannej kawy: "Chłoooooopcy, pobuuuuudka".
W odpowiedzi z czeluści sypialni dobiegło ponure: "Nie ma jeszcze siódmej, ty potworze!..."
Z tematyką spania wiążą się w ogóle rozliczne perypetie.
Często budzę się w środku nocy, tak około 2-3 i nie śpię do rana. Już po godzinie tzw. „rachunku sumienia”, ustaleniu planu na najbliższy dzień i rozebraniu wszystkich bieżących spraw na czynniki pierwsze, zaczyna się nuda.
Kiedyś mężuś był bardziej zakochany i tolerancyjny, więc by umilić sobie to poranno-nocne czuwanie szeptałam mu do uszka: „Porozmawiaj ze mną, nudzi mi się”...
Sama nie wiem jakim cudem nie skończyło się to wtedy morderstwem lub przynajmniej - w wersji najłagodniejszej - rozwodzikiem.
Jednak po kilkunastu latach małżeństwa ślubny zabił nocnymi obelgami tę moją spontaniczność dziecka. Nie mam już tyle odwagi by zaczynać wprost nocne rozmowy.
Jest na to zupełnie inny sposób: kiedy nudzi mi się już na maxa to… idę po wodę.
W każdym poradniku zdrowotnym powiedzą Wam, że trzeba pić dużo wody. Bardzo dużo wody. Więc ja również piję, a jakże, i na wszelki wypadek tłukę się przy tym niemiłosiernie.
Jeśli mąż nadal nie załapuje kontekstu, to zostaje ostatnia deska ratunku, z naciskiem (nomen omen) na deskę: zaczynam chodzić do toalety. W końcu dużo wody wypiłam, prawda?.
Zatem chodzę, tak ze dwadzieścia razy na 15 minut chodzę. I to w końcu pomaga.
Mąż nie może mnie zabić (z fizjologią nie da się walczyć, przynajmniej zbyt natrętnie), a jednocześnie wybudzony ze snu nawiązuje dialog.
Wstęp zdecydowanie inwektywny i daleki od życzliwości, jednak w miarę rozwoju ton łagodnieje... Nie twierdzę, że od razu w kierunku życzliwości - bez ekstrawagancji, umówmy się!
Ale to nie ważne, liczy się konwersacja i zabicie nudy.
Z resztą - na moją Przyjaciółkę, która nieopatrznie postanowi przenocować w naszej jaskini też mam metodę.
Zakradam się do jej łóżka, o ile zdążę zrobić to przed którymś z dzieciaków, i śpiewnym tonem zapytuję: Dudziuuuuu, śpisz?????😊!
Tu jednak wchodzą w grę brutalne reakcje na brutalne metody, więc muszę być bardzo czujna - w stawce są integralność fizyczna i psychiczna.
Kiedy tak sobie czytam to, co napisałam, zaczyna do mnie docierać, że nie jestem najmilszym towarzyszem nocnym.
Do miłych poranków też nie za bardzo się nadaję, a w dzień śpię... hmm...
Może powinnam wieczorami zacząć więcej pić, nie tylko wody, a do tego żreć na potęgę jakieś środki na sen...? Dzieciom kupić uciekający budzik...?
Jakieś rady????