ZNP+

Blog niekoniecznie ukierunkowany... autorka nie ponosi odpowiedzialności za rozczarowania 😜

Parental advisory. Explicit content.

pic

Dzisiaj będzie tekst tylko dla pełnoletnich, o uświadamianiu. Wiem, że jako czytelnicy 18+ już raczej wiecie co i jak 😉, ale bardziej interesuje mnie następujące zagadnienie: w jaki sposób radzicie sobie z trudnymi pytaniami? My pewien etap mamy już za sobą, niestety moi synowie sporo wiedzą… Tak, ten niespełna siedmioletni również, od jakiś dwóch lat przynajmniej… nie pytajcie😊.

Mój pierwszy mąż dużo lepiej ode mnie radzi sobie z rozmowami wprawiającymi dorosłych w zakłopotanie. Kiedy pierworodny zaczynał krążyć wokół tematów tabu, ja lojalnie ulatniałam się niczym mgła w jesienny poranek, zostawiając ślubnego na polu walki. Wydawało się naturalne, że TA rozmowa odbędzie się w męskim gronie. Był już zatem maglowany temat jajeczek, plemników itd., ale bez wdawania się w szczegóły, suchy, rzeczowy, męski, biologiczny przekaz. Mąż mnie uspakajał: będziemy się gimnastykować wtedy, kiedy padnie właściwe pytanie, teraz nie ma się co spinać. Dałam się naiwnie zwieść temu spokojowi…
Rzecz ma miejsce jakieś 2-3 lata temu. Ze szkoły wraca wyraźnie podekscytowany potworzasty, widzę, że coś mu po głowie chodzi, ale nie pytam - sam w końcu przyjdzie. I stało się, bomba wybucha: "Mamooo, ale ten Michał (imię podmienione by nie denuncjować mądrali) jest głupi, wiesz? Bo on uważa, że dzieci robi się tak i tak." Po tym oświadczeniu następuje salwa śmiechu, bynajmniej nie mojego. W panice zaczynam wycofywać się rakiem z pokoju, uświadamiając sobie, że jestem sama na placu boju - ślubny, szczęściarz! jest w pracy. Na wysokości drzwi niestety słyszę "Mamo jak to jest????" Wdech, wydech, chrzanić naukowe wyjaśnienia, podeprę się wiedzą kolegi syna. Rzucam enigmatycznie: "No wiesz…Michał ma rację" i w nogi!!!
Tym razem oboje rejterujemy, zarówno ja, jak i dociekliwy młody człowiek poczuliśmy potrzebę oswojenia się w samotności z sytuacją. Niestety Młody potrzebował dużo, dużo mniej czasu ode mnie. "Mamoooooo????? A to znaczy, że każdy kto ma dzieci musiał to robić???", "No tak…" zawstydzona wyjąkałam i czmychnęłam do swojej warowni w kuchni 😉. Niestety, dociekliwiec cholerny, trop w trop za mną. "Mamooo, to znaczy, że WY też to robiliście?!" (wyszeptane ze zgrozą i nieukrywanym obrzydzeniem na twarzy). "Yyyyy…. noooo, tak, zdarzało się…" wyjąkałam nieśmiało… "przynajmniej trzy razy …", a że nie miałam już gdzie się wycofać, w złości ryknęłam za synem "i rodzice Michała też!!!!!".

oops


Nie do końca tak sobie tę rozmowę wyobrażałam😊, do tej pory pusty śmiech mnie ogarnia jak oczami wyobraźni widzę obrazek niczym z filmu: przytulone do rodzica dziecko, za oknem śnieg, w kominku skwierczą polanka (ekologicznie, wilgotność góra 5%), w dłoniach stosowna książeczka, dziecię zanurzone w mądrych słów czeluści… Wróć!!! Niestety. To nie był koniec atrakcji.
Kilka dni później z głębi łazienki słyszę głos młodszego syna. "Mamusiuuu, a ja już wiem, jak zrobić dzidziusia". Głupia baba, nienauczona doświadczeniem, rozbawiona, z uśpioną czujnością, zadziornie zapytuję malca: "No brawo Oluś, a jak?..." No to mi odpowiedział. Tak mi odpowiedział, że uśmiech stężał mi na ustach. Potem było nawet gorzej niż w rozmowie z pierworodnym, bo wydusiłam z siebie już tylko "acha". Następnie udałam się po telefon by obdzwonić wszystkie koleżanki z przedszkola z pytaniem, czy uświadomiły już swoje dzieci (mówimy o wówczas ledwie 4-5 latkach), i że jeśli nie, to radzę szybko to uczynić, gdyż Oluś już wie i na 100% podzieli się chętnie z innymi swoją wiedzą…
Matka roku normalnie, ale to, co gorsze, jeszcze nie koniec.
Jakiś czas po tych wydarzeniach zawitała do nas Mama Chrzestna mojego męża. Niezwykle mądra kobieta, mająca niewyczerpane pokłady doświadczenia bazującego na pracy zawodowej plus wychowaniu czterech córek i wówczas już 9 wnuków. Wysłuchawszy moich płaczy i lamentów, że nie sprawdziłam się jako matka, przewodniczka po trudnych tematach, doradziła mi podsunięcie młodzieży stosownej lektury, ze wskazaniem na konkretny tytuł (nie, nie będzie "linku afiliacyjnego"). Jak usłyszałam, tak zrobiłam i układając książkę synkowi na półkę radośnie z poczuciem dobrze rozwiązanego problemu udałam się do swoich codziennych obowiązków.
Kilka dni później deja vu. Jesteśmy weekendowo w gościach. Poranek, BEZ KAWY, niczego nieświadoma idę skontrolować dobrostan młodszego syna i nagle, spod regału z książkami naszych Gospodarzy, słyszę zdecydowane i podejrzanie trzeźwo jak na porę dnia brzmiące pytanie Kajetana: "mamo, a czy wy się zabezpieczacie?".
Jak grom z nieba, niemal nie dostałam wylewu. Niech to cholera, gdzie jest stary?!. Szlag! śpi na samym dole (a dom kilkupiętrowy)... Mamroczę zatem pod nosem, możliwie niezrozumiałe "no tak", i zaczynam paniczną ucieczkę z pola minowego. Niestety kolejne uderzenie następuje już pół schodka niżej: "Mamooo, a czy wy używacie prezerwatyw?". "Noooo, zdarza się…". Tym razem jest już naprawdę poważnie, więc całkowity odwrót i galopem w dół po schodach. "Mamooooo, a nie uważasz, że w Twoim wieku tabletki antykoncepcyjne byłyby lepsze?"