„I myśli sobie Ikar, co nie raz już w dół runął
Jakby powiało zdrowo to bym jeszcze raz pofrunął"
.
Dzieci nasze mają lekcje języka angielskiego na platformie internetowej. Dwa razy w tygodniu spotykają się online, face to face z niepolskojęzycznym lektorem, na ogół z rejonów Oceanii. Któregoś z tych dni wracam do domu, a przy furtce czeka na mnie mój wściekły Mąż rycząc na całą wieś:„Ty wiesz co twój syn wykonał!?”
Tu dygresja - na pewno u Was w domu też jest ten sam trend: używanie zaimka dzierżawczego „twój” w stosunku do wspólnego potomstwa. To nigdy nie wróży niczego dobrego.
Pytam się więc z lekkim zaniepokojeniem co też zrobił ten mój syn. Otóż okazało się, że młody wpadł na wspaniały pomysł by zrobić nauczycielce niespodziankę. Niespodzianka miała polegać na tym, że w momencie gdy pani pojawi się na wizji w kadrze mając puste krzesło ucznia, młody niczym Batman przeleci przed kamerką i zląduje w blasku chwały wypełniając nieoczekiwanie pustkę scenografii.
Zapytacie zapewne jak chciał wzbić się do tego spektakularnego wyczynu? Bardzo prosto: wspiął się na swoje łóżko piętrowe obierając trajektorię raczej opadającą. A że dziecko inteligentne i intuicyjnie wyczuwa ryzyka wynikające z grawitacji, to sobie położyło piankowy materacyk na podłodze.
Jak wymyślił tak też uczynił – faza lotu udała się znakomicie, zdecydowanie gorzej było z lądowaniem. Materacyk ewidentnie nie był wtajemniczony w plan więc pod wpływem nieuzgodnionego uderzenia był się przesunął po wspomnianej podłodze, razem z lądującym właśnie środkiem ciężkości. Olka ma się rozumieć. W efekcie przyziemienie miało charakter awaryjny i awionauta wyrżnął na wznak bezpośrednio na równie nie współpracującą podłogę.
Ślubny, który tego dnia pracował zdalnie w pokoju obok, usłyszał wielki huk, po którym nastała złowroga cisza. Wystartował zatem paląc gumę i na ostatnim łuku kątem oka dojrzał na glebie domorosłego Gagarina, próbującego złapać ponownie oddech do płuc opróżnionych nagłym uderzeniem.
Sukces (na szczęście) w tej materii młody zasygnalizował oczywiście rykiem o natężeniu konkurencyjnym do syreny strażackiej OSP. W ten sposób odpalił z kolei mojego męża, którego trafił jasny szlag w obliczu bezdennej głupoty dziecięcia wobec czego jął wykrzykiwać niewybredne komentarze podskakując żwawo z wściekłości. Mąż, nie szlag ma się rozumieć.
Po kolejnej sekundzie do pokoju wparowała histeryczka Ulka, która jeszcze nie wiedząc co się dzieje, na wszelki wypadek zaczęła wrzeszczeć na cały świat „ Olek ma kreeeeew, wszędzie kreeeew, kreeeeeeew, boję się…”
Krwi na szczęście nie było ani kropli, ale reaktor mojego ślubnego osiągnął masę krytyczną i eksplodował. W furii nie wiedział już na kogo krzyczeć więc krzyczał w przestrzeń, piekląc się przy tym niemiłosiernie i próbując przekrzyczeć drące się nadal w niebogłosy dzieci.
I tutaj nastąpił kolejny zwrot akcji, albowiem Tomek uświadomił sobie, że jest w Big Brother a bezpośrednim świadkiem zupełnie zwykłej przecież, każdemu mogącej zdarzyć się sytuacji, jest przerażona pani lektorka, której skośne na ogół oczy, zrobiły się w niewyjaśniony sposób okrągłe niczym spodki od filiżanek.
Ten widok całkowicie zbił chłopa z pantałyku, jednocześnie chłodząc w ułamku sekundy płonący temperament całej trójki. Chwilę później prawie wszyscy wrócili zgodnie do pierwotnego stanu: Olek do pilnej nauki, Ula do robienia bałaganu, zaś sympatyczna filipińska nauczycielka do standardowo azjatyckich rysów twarzy.
Tylko mój mąż nie wiedzieć czemu podjął się roli odźwiernego, w którym to wcieleniu zastałam go przy wspomnianej na początku opowieści furtce…
Nie był to jednak ostatni lot w karierze mojego syna. Jakiś czas potem poszłam z dziećmi do znajomych, którzy mają bardzo duży basen ogrodowy. Zanim zdążyłam powiedzieć grzecznie "dzień dobry" usłyszałam plusk.
Mój młodszy syn jeszcze na pasie startowym zrzucił ubrania, z otwartym podwoziem i wysuniętymi klapami zawadził o drabinkę i lotem swobodnie opadającym spadł do basenu.
Nie przy ściance, nie tuż obok, nie. Na sam cholerny środek.
A gdy już tak sobie beztrosko wskoczył, wtedy naszła go refleksja, że do dna jest niespodziewanie daleko a on niekoniecznie potrafi pływać. Nawet bym się tak bardzo nie wkurzyła, gdyby nie to, że wszystko rozegrało się zaledwie w kilka sekund od naszego wejścia. Zamiast standardowego powitania zaserwowałam znajomym dziki kłus w kierunku basenu, połączony z odruchową cokolwiek próbą pozbycia się odzieży.
Na szczęście zanim udało mi się dodać sytuacji niecodziennego kolorytu, kolega Olka i jednocześnie syn gospodarzy wyciągnął niedoszłego topielca za fraki z basenu.
Grunt to pokazać się z rodziną od jak najlepszej strony 😊.