ZNP+

Blog niekoniecznie ukierunkowany... autorka nie ponosi odpowiedzialności za rozczarowania 😜

Mamy w domu nowego lokatora

Od Komunii Kajetana mamy w domu nowego lokatora. Miał być gekon lamparci lub madagaskarski ale wizja zapewniania mu non stop żywych robali troszku mnie zniechęciła. Wybór padł na gekona orzęsionego. Jego największą zaletą jest to, że oprócz żywego i uciekającego lubi także owoce. Jak nie masz ochoty na kizi mizi z robalami, zawsze zostaje opcja banana. Gekuś w pierwszych minutach pobytu w domu został poinformowany o swoich prawach i przywilejach oraz o tym, że w tym lokum nie karmimy KARACZANAMI. Pomijam wątpliwą przyjemność oglądania, dotykania czy w ogóle przebywania pod jednym dachem z tymi ohydami, to zawsze istnieje ryzyko, że będziemy świadkami zorganizowanej ucieczki jednego osobnika lub całego stada. Na szybko zorganizowanej naradzie rodzinnej ustaliliśmy, że Gekuś będzie miał na imię Boa ( nie pytajcie) i by mógł zaspakajać swoje potrzeby łowieckie będziemy kupowali mu żywe ( słowo „żywe” jest tu kluczowe) świerszcze. Gdy po raz pierwszy pojechałam do sklepu zoologicznego i pan wyciągnął spod lady pudełeczko w którym roiło się od czegoś co przypominało krzyżówkę żuka i prusaka miałam chwilę słabości. 10 minut zbierałam się by wziąć pudełko do ręki. Zagadywałam sprzedawcę, siliłam się na coraz bardziej banalne żarciki, podpytywałam o cały asortyment, aż w końcu znudzony pan załapał w czym rzecz i najpierw zapakował pudełko do siatki jednorazówki, a następnie po nawiązaniu kontaktu wzrokowego dorzucił kilka reklamówek gratis. Kijka nie miał. Jak niestety można było przewidzieć dopiero w domu zaczął się cyrk. Świerszcze mamy, gekona mamy, ale trzeba jakoś dostarczyć te owady z punktu A do punktu B czyli do terrarium i nie wolno wrzucić ich wszystkich naraz ponieważ istnieje ryzyko, że pogryzą Boa. Najpierw oczywiście szybka narada rodzinna kto będzie pełnił rolę gekoniej matki karmicielki. Kandydatura Kajetana odpadła na samym początku. Nikt nie miał ochoty na ganianie za świerszczami uciekinierami. Mój pierwszy mąż od razu zakomunikował, że był, jest i będzie przeciwnikiem zwierzątek w domu i jego rola zakończyła się z chwilą złożenia terrarium ( o tym składaniu też by się przydał tekścik). Wybór karmiciela był zaskakujący i padł na mnie. Postanowiłam skonsultować sposób podawania świerszczy z moimi wirtualnymi kolegami z grupy dla posiadaczy gekonów. Szybko okazało się, że moi nowi znajomi cechują się wyrafinowanym poczuciem humoru. Zasugerowali, że skoro boję się robali ( a bałam się okrutnie) to powinnam łapać świerszcze pęsetą. Wiem, wiem. Teraz też się z tego śmieję, ale wtedy byłam tak spanikowana, że uznałam to najwspanialszy pomysł na świecie… Po godzinie mokra, spocona z poczuciem winy, że Ula przyniesie do przedszkola kilka nowych, niekonieczne dobrze widzianych ,a raczej słyszanych u trzylatki słów, poddałam się. Panowie z grupy trochę się pośmiali, podsunęli kilka równie dobrych pomysłów, aż w końcu któryś się zlitował i przesłał mi filmik na którym wkłada rękę do pudełka i wyjmuje świerszcze. Proste? Proste! Ale na trzeźwo nie wykonalne!!! Po dłuuuższej chwili, po butelce wina, tym razem bez świadków ( co było łatwe ponieważ wszystko rozciągnęło się w czasie), mocno rozchichotana zasiadłam z powrotem przed terrarium. Świerszcze już nie były takie straszne, zaczęłam je rozróżniać i nadawać im imiona ( gdzieś wyczytałam, że warto strachom nadać imiona ponieważ łatwiej się wtedy oswajają). W końcu zaopatrzona w dwie pary rękawic zaczęłam polowanie. Udało się!!!