Gekuś Boa, a raczej gekusia Boa ( w międzyczasie okazało się że to panienka) była już u nas dobre kilka miesięcy. Straciłam czujność i zaczęło mi się głupio wydawać, że wszystko jest pod kontrolą. Rolę karmiciela stopniowo przejmował Kajetan. Jako rasowy dziesięciolatek nie bał się robali . Do operacji o kryptonimie „kolacja” nie potrzebował żadnych dodatkowych akcesoriów . Dni płynęły spokojnie, a wręcz monotonnie. Gekusia, jak każda pani w naszym domu, ładnie przybierała na wadze. Wszyscy cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Aż tu nagle…
…Któregoś pięknego dnia mężu radośnie wparował do domu oświadczając, że udało mu się kupić największy przysmak orzęsków czyli świerszcze bananowe. Wcześniej kupowaliśmy paskudne świerszcze śródziemnomorskie, które były brzydkie, czarne i ohydne, te zaś przypominały nasze polskie pasikoniki i wzbudzały sympatię. Jeden z hodowców opisał je trzema przymiotnikami: „szybkie, skoczne, płodne” (po przeczytaniu czegoś takiego człowiek zastanawia się czy na pewno mowa o świerszczach…), zabrakło niestety jednego, najbardziej istotnego określenia: „cykające”.
Nieświadoma niewiedzy z prymitywnym romantyzmem wpadałam w coraz większy zachwyt. Świerszcze CYKAŁY, CYKAŁY i CYKAŁY, tak pięknie, że wydawało się jakby w środku zimy do domu zawitało lato. Rozmarzeni i rozleniwieni rozsmakowywaliśmy się zatem w tym CYKANIU, ulegając urokowi CYKAJĄCEJ chwili, która niepostrzeżenie zaczęła wydłużać się w kierunku CYKAJĄCEJ wieczności. Te potwory CYKAŁY bezustannie…CYK, CYK,…CYK, CYK… 24 godziny na dobę, aż WYCYKAŁY z nas resztki entomologicznego zachwytu. Nad domem zawisło widmo wojny domowej, plemię młodocianych potworzastych, zakochanych w świerszczach miłością pierwszą, prawdziwą kontra frakcja sfrustrowanych dziadersów, poniewieranych kilkudniową CYKCYKANĄ migreną i dyszących pragnieniem mordu z użyciem trepa, młotka, granatu, napalmu(nawet rakiet)!…na pohybel pieszczoszków – Cykusiów.
Co gorsze, liczba świerszczy w terrarium nie malała. Nie wiem czy Boa polubiła swoich nowych towarzyszy, czy może byli oni dla niej za sprytni. W każdym razie po kilku dniach stało się jasne, że problem nie rozwiąże się sam. Cykusie must die, ale pozostawało pytanie jak . Musieliśmy działać z mężem rozważnie i nie romantycznie. Zwołaliśmy więc naradę rodzinną na której wytłumaczyliśmy potworzastym, że ze względu na alergię Kajetana trzeba wspólnie zastanowić się jak wytrzebić roztocza z terrarium. Sposób był tylko jeden: wystawiamy jaszczurze lokum na zewnątrz. Tu z pomocą przyszło nam kilka wcześniej przygotowanych tekstów „Cykusie musza się przewietrzyć ( przy minus 15) odroztoczyć, ochłonąć trochę, poznać naszą kulturę, zwyczaje itd. Mogą mieć też ochotę na wycieczkę podczas której miałyby jedyną niepowtarzalną szansę zaprzyjaźnić z naszymi wsiowymi, swojskimi pasikonikami. Obowiązkiem każdego z nas jest umożliwienie im takiej interakcji!” Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy i problem cykania rozwiązaliśmy.
Czasem tylko zastanawiam się co tam u naszych przyjaciół świerszczy słychać. Może Cykusie zaadoptowały się do naszych polskich sprzyjających warunków i jestem twórczynią całej populacji świerszczy bananowych w Polsce ))). Jak to szło…: „filogeneza i radiacja adaptatywna”… Jak myślicie?