Ostatnio przez okrągły rok, dzień w dzień toczą się dyskusje: "NIE, NIE zamieszkam pod jednym dachem z żadnym pająkiem. Nie, bo nie!!! Nie muszę się tłumaczyć jakimś bździochom!!!!Tak, wiem, że będzie w terrarium, ale z mojego punktu widzenia niewiele to zmienia. Jak będziecie dorośli kupicie sobie całe stadko pająków. Tak wiem, jestem bezwzględna, nie, to nie jest nie fair!!!"
Nic nie poradzę na to, że robali nie lubię, a nawet się ich boję. Z perspektywy czasu uważam, że zdobyłam się na bohaterski czyn godząc się na Boa gekonicę, wiedziałam, że prędzej czy później cała procedura łapania cykusi z hukiem spadnie na mnie. O perypetiach z tym związanych pisałam już kiedyś.
W każdym razie zanim oswoiłam się z karmówką gada, moje okrzyki było słychać w całej wsi, szczególnie, kiedy jeden Cykuś postanowił zakosztować wolności. Z poziomu krzesła (bo na biurko nie udało mi się już wskoczyć) musiałam podjąć szybko decyzję: zejść do zwierza by go zdjąć z trepa, czy już do końca swoich dni słuchać namolnego cykania dobiegającego gdzieś z kąta domu. Wybrałam opcję pierwszą, za co uprzejmie przepraszam wszelkich miłośników przyrody, na swoje usprawiedliwienie przypomnę , że świerszczyk i tak miał marnie skończyć, w gekoniej paszczy.
Aktualnie najświeższym pomysłem moich chłopców są niestety mrówki. Tymczasem odkąd mieszkamy na wsi mój stosunek do tych owadów uległ pewnej metamorfozie. Kiedy wprowadzaliśmy się pilnowałam zawzięcie Kajetana by nie przeszkadzał naszym działkowym insektom. Jak przystało na uświadomionego mieszczucha wciskałam dziecku kity typu: mróweczki tutaj mieszkały przed nami, to my jesteśmy intruzami itd.
Dzięki takiemu nastawieniu już po pierwszym sezonie miałam na działce jedno wielkie mrowisko. Mrówki były i są wszędzie. Niszczą rośliny, podkopują chodnik, taras itd. Co pewien czas robią również desant na dom i to jest przekroczenie granicy, za którą rodzą się atawizmy. Albo one albo ja, mój jest ten kawałek podłogi i żadnym mrówom nie dam się robić. Z ich patronackiego sklepu „Mrówka” (nomen omen) wykupiłam wszystko co się dało: proszek na mrówki, spray na mrówki, oprysk „pożegnanie z mrówką”, żel na mrówki, pułapki na mrówki… Taka mała obsesyjka ale ewidentnie niezbyt oryginalna, ponieważ rozleniwiony pan przy kasie wymruczał: „co, mróweczki?...” A więc wojna.
Wyobraźcie sobie zatem moją wściekłość, czy może bardziej bezradność, gdy moje dzieciątka zakomunikowały, że ich jedynym marzeniem, nadającym sens życia, bez którego już tylko rozpacz, beznadzieja i „(…)Coraz to z ciebie jako z drzazgi smolnej, Wokoło lecą szmaty zapalone(…)” jest posiadanie formikarium. Jako naiwna ignorantka najpierw pomyślałam: formikarium, coś z formami…?, może z modeliny będą coś robić...
Niestety, mój najstarszy syn szybko naprowadził mnie na właściwą drogę myślenia. Jeszcze niedowierzając, chyba ze sto razy powtórzyłam: "… mamy całą działkę mrówek…tak???? I jeszcze mam zrobić im domek w moim domku, tak?! A co, jak się rozlezą?!! Mamy chałupę ze styropianu!!!! Jak to sobie wyobrażacie?!!!!!..." Oczami wyobraźni widziałam już jak w ścianach naszego pasywnego igloo uciekinierzy robią sobie formikarium na własną rękę, ponad 600 metrów sześciennych formikarium, a w środku my. W charakterze eksponatu.
Niestety chłopięca mania mrówek trwa już trzeci rok i nie widać symptomów złagodzenia. Tam gdzie pojawiają się moje dzieci wszyscy od razu otrzymują przymusowe przeszkolenie z gatunków, upodobań kulinarnych, zwyczajów, łacińskich nazw (!!!) a nawet średnich cen w dostępnych w Polsce źródłach.
Tak, tym cholerstwem się handluje, też nie mogłam uwierzyć.
Dzieci znajomych wydają się nieodporne na indoktrynację moich bachorków, więc w ramach szkolenia praktycznego odbywa się wspólne nurkowanie po trawnikach w poszukiwaniu królowej matki hurtnicy pospolitej (Lasius Niger).
Okazuje się jednak, że mrówki nie są jedynymi nieproszonymi lokatorami naszego wiejskiego domu. Co roku, późnym latem, zaraz po żniwach, jakieś dziwne żuczki postanawiają wprowadzić się nam na salony.
Dzisiaj sprzątając pokój Olka kątem oka zauważyłam jednego takiego paskudniaka, przemieszczającego się po podłodze. W pierwszym odruchu sięgnęłam po ciapa by następnie wedle na szybko uknutego planu uplaskowić dziada raz na zawsze. Niestety, w połowie drogi musiałam szybko zmieniać trajektorię lotu udając, że tymże właśnie ciapem drapię się za uchem, ponieważ do pokoju nagle wparował Oluś, który radośnie oznajmił: „patrz mamo, Antek wrócił!!!!”.
„Jaki Antek do cholery?!!” „No nasz Antek, oswojony żuczek, który mieszka z nami kilka lat.”.
Próbując złapać oddech zastanawiałam się jak ukryć przed synkiem cały stosik zmiecionych wcześniej na kupkę antków. Wtedy dotarła do mnie smutna świadomość: będąc mamą dwóch chłopców muszę oswoić się z tą bandą oblechów (mam na myśli zarówno robale, jak ich małych miłośników). Muszę nauczyć się nie wyskakiwać na dwa metry w górę na widok każdego robala, a w każdym razie nie wykrzykiwać przy tym wszystkich znanych mi inwektyw.
By rozpoznać wroga bojem zgodziłam się na formikarium.
Niechaj Miłościwy ma mnie w swej opiece.
Zawzięci i niewdzięczni jednak w swej okupanckiej naturze, depczemy kruchą wrażliwość lokalnej ludności bezwzględnym prymitywizmem i nieokiełznanym głodem atrakcji.
Nic dziwnego, że umęczone naszą obecnością plemię endemiczne czasem nieśmiało daje upust swej frustracji, któremu to upustowi dzielnie udziela swych łamów nieoceniony portal onet.pl.
Podążając za trendem również i ja ponownie nadużyję gościnności mojej Żony, aby nadać raport ze środka wydarzeń.
Trudno nie popaść w zadumę i refleksję nad marnością swej kondycji turystycznej czytając „list Pani Agaty” , to jak odbicie w lustrze gwałtownie wyprostowanym z dotychczasowej uspakajającej krzywizny.
Pani Agata punktuje celnie wszystkie wady najeźdźców tej pięknej, łagodnej i delikatnej społeczności umęczonej niemal trzymiesięcznym, corocznym zbiorowym gwałtem na lokalnej kulturze.
Zgroza zaczyna się już w miejscowym supermarkecie, gdzie stado wygłodniałych i wiecznie niezdecydowanych prymitywów nie potrafi sporządzić sensownej listy zakupów, a nawet wyprzedzająco ocenić ilości alkoholu niezbędnego do osiągnięcia stanu wakacyjnej ekstazy!
Wszystko po to by pognębić przyczajonych w nienaturalnie długiej kolejce Autochtonów, którzy przyszli przecież tylko na zakupy, nie na orgię niezdecydowania i konsumpcji! Głośne komentarze na temat cen alkoholi tylko pogłębiają niesmak jaki budzi rażąca niewdzięczność tłuszczy wobec wysiłków miejscowych sklepikarzy.
Ci ostatni heroicznie, wyjątkowo i tylko na wakacje obniżają swoje, niewielkie przecież, marże do poziomu ledwie 150%. Nic z tego, żadnej wdzięczności. Na domiar złego w sobotę (!!!) już w południe osobnicy zdradzają czwartorzędnymi cechami płciowymi obcowanie z plażą i upałem, co jak się zdaje na wakacjach nad morzem jest rzeczą o tyle naganną co niespotykaną w połowie lipca.
Wszystko to czynią oczywiście w obecności (na)dmuchanych zabawek, które ciągają ze sobą wszędzie w myśl maksymy „kto by nad morzem dmuchał” (cytat). Ostatnie zdarzenia z mieleńskiej plaży wskazują, że chociaż tam powstaje delikatny wyłom w gorszącej praktyce. Niektórzy wbrew pruderii obserwatorów decydują się stawić opór trendom i podmuchać nie tylko na plaży, ale i publicznie.
Płonne nadzieje - jedna jaskółka niestety wiosny nie czyni…
Tym czasem groza narasta, najeźdźcy przyjeżdżają i rozparkowują na śmierć wszystkie miejsca postojowe i nie tylko postojowe, w swojej bezczelności nie zważając na przygotowaną wyłącznie na ich potrzeby promocyjną ofertę parkowania za jedyne 20 złotych / godzinę na parkingu NIE strzeżonym, jak głoszą rozlokowane gęsto tabliczki.
Nie pomaga, niepiśmienna tłuszcza żąda, wymaga i egzekwuje bez cienia umiaru. Tak, jakby nie dało się przejść tych 5 kilometrów pieszo albo do najbliższego przystanku „pojazdu wolnobieżnego” który już za 4 złote od osoby/wózka/dmuchańca dowiezie rozleniwioną bandę konsumentów w akompaniamencie przebojów lata 1973.
Wreszcie zniszczywszy pas chroniony fekaliami oraz nieposortowanymi odpadami, zabudowani parawanozą i gorszący męskim toplessem topią się ordynarnie w morzu albo - jeśli ocaleli - pijani i głodni hałasu wsiadają znów tłumnie do samochodów ruszając w drogę powrotną do luksusowych apartamentów z widokiem na morze. Na mapie. Wszystko tylko po to by wieczorem wrzaskami i muzyką znów uprzykrzać życie ostatnim miejscowym jacy zdołali oprzeć się szantażowi ekonomicznemu oraz jawnie zadawanym gwałtom i nie wynajęli swoich luksusowych apartamentów z suporeksu i eternitu okupantom na czas ich kwartalnej inwazji, lecz trwają w cierpieniu na posterunkach swych domostw.
W sukurs Pani Agacie przychodzi z zaskakująco przenikliwą refleksją Pani Agnieszka. W liście do wspomnianego zacnego portalu ubolewa nad wszechobecną jarmarczną pstrokacizną. Tak, to najbardziej dotkliwe, że lokalne, kulturalne społeczności na czas wakacji pod presją najeżdżającego je chamstwa rezygnują z czwartkowych wieczorów z Bachem a nawet (o zgrozo) z co piątkowych konkursów swobodnej mowy wiązanej imienia Lorda Byrona oraz festiwali teatru eksperymentalnego.
Wystawy malarstwa impresjonistycznego oraz rzeźby współczesnej są w pośpiechu demontowane i ukrywane w zacisznych magazynach miejscowych Domów Kultury, by ustąpić pola tłuszczy rządnej karaoke, disco – polo i mini zoo z karaczanami i patyczakami.
Atmosferyczne salki licznych kin studyjnych, jesienią przepełnione dyskusją autochtonów nad dziełami Kim Ki Duka i Almodovara latem przy akompaniamencie zrozpaczonego zgrzytania miejscowych kulturalnych zębów wypełniają się klockami lego oraz największymi w Polsce kolekcjami ulotek agencji towarzyskich.
Nie to jest jednak najdotkliwsze dla szczupłych i wysportowanych Endemitów. Nic bowiem tak nie obniża dobrostanu ducha jak widok tłuszczy z nadwagą omijającej szerokim łukiem elegancką ofertę lokalnych Szefów Kuchni.
Te wszystkie fois-gras z dressingiem z truskawek, homary, steki z sezonowanej na sucho wołowiny angus, pasty z truflą w stylu napolitano, delikatne bliny z kawiorem i lekkim jak piórko musem z wątróbki dorszowej schną samotnie w witrynach wykwintnych, klimatycznych portowych tawern konsekwentnie omijane przez nienażartą bandę prymitywów.
Zamiast uszczknąć co nieco ze światowej kultury kulinarnej instaluje się to spasione chamstwo w obrzydliwych, ociekających tłuszczem budach z dykty żrąc kebaby i mrożoną flądrę w oleju silnikowym. Cała ta scenografia powstaje oczywiście wielkim wysiłkiem umęczonych i strwożonych skalą prostactwa lokalnych społeczności, wbrew ich elementarnemu poczuciu smaku. Co roku, na niemal trzy miesiące trzeba zasłaniać paździerzem piękno i niewymuszoną prostotę nadmorskich perełek architektury i urbanistyki jedynie po to, żeby wandale z południa mogli choć trochę poczuć się swojsko. Mimo to niewdzięczni narzekają na ceny, tak, jakby 100 gram panierki z zimnej frytury za 25 złotych to był jakiś wygórowany poziom odszkodowania za publiczne zgorszenie jakiego są źródłem!
Trudno nie przyznać Pani Agnieszce racji, że jest też jakiś rodzaj pogłębionego syndromu sztokholmskiego. Z roku na rok obserwuję zlewanie się wizualne najeźdźców z reprezentacją miejscowych, walczących na pierwszej linii frontu wojny kultur - na przeludnionych straganach, w zadymionych smażalniach lub w oblepionych osami lodziarniach. W miejsce tradycyjnych pomorskich strojów ludowych i warkoczy plecionych w Noc Kupały na pomorskich blond włosach, a nawet na zatracenie uroczych koszulek marynarskich w paski wkroczyły niepostrzeżenie tipsy, tatuaże, podoklejane i posklejane rzęsy, silikonowe usta i pośladki zdobione cellulitem manifestującym ciałopozytywność spod krawędzi obszarpanych i zbyt krótkich szortów jeans.
Tylko autochtońskie oczy patrzą bardziej ponuro i z mroków jakby nieco mniej opalonych twarzy…
Nawet miejscowa mafia, znana przecież z elegancji, wyrafinowania i subtelnych, ekologicznych środków nacisku oraz lokomocji pauperyzuje się moralnie pod presją szturmującego chamstwa. Porzuciła czemuś garnitury Armaniego i stonowane dźwięki muzyki dawnej, przesiadła się na bermudy, adidasy, raybany i ostentacyjnie stuningowane niemieckie auta dudniące miarowo tubami basowymi w bagażnikach oraz grzechoczące poluzowanymi niemieckimi tablicami rejestracyjnymi. Towarzyszące im Panie również niestety rezygnują z wieczorowego dress code na rzecz bardzo szeroko rozumianego haute couture, czy może bardziej dessous…
Zewsząd upadek i regres, a wszystko zaraza, przywiana z południa. Wiele lat udawało się blokować ten najazd dziurawymi drogami, fotoradarami i opłatami uzdrowiskowymi.
Samorządy nadmorskich gmin nadal mają w tej dziedzinie osiągnięcia na skalę europejską, jeśli nie światową. Ostatnie lata jednak wraz z wybudowaniem dróg ekspresowych wytrącają nieuchronnie nawet ten wątły oręż z rąk udręczonych włodarzy. Na domiar złego pod bezprecedensową presją różnych lockdownów umęczona covidem branża turystyczna zmuszona została do nieplanowanych inwestycji na niespotykaną dotąd skalę i zastąpienie prycz wersalkami z OLX a nawet wymiany cieknących wprawdzie od 40 lat, ale przecież wciąż dobrych, żeliwnych górnopłuków! Ten fatalny impuls odciska się bolesnym piętnem na kondycji ekonomicznej Pomorza i czterokrotne podniesienie cen nijak nie jest w stanie zrekompensować poniesionego wysiłku. Znikąd nadziei.
Uświadomiwszy sobie poziom własnej marności mogę już tylko przydzielić się do któregoś z podgatunków usystematyzowanych zgodnie z przenikliwą klasyfikacją Pani Agnieszki na te pod przewodnictwem „roszczeniowych tipsiar” „umęczonych matek polek” lub „miksu tego wszystkiego”. Niezależnie od zaszeregowania, obwieszony obowiązkowo rozwydrzonymi bachorami i dmuchańcami, ruszam zatem na resztki swojego urlopu inscenizować ataki histerii, zadawać gwałt, siać zniszczenie oraz naruszać mir domowy.
Opłacę tylko przed tym ostatni już paragon grozy. Człowiek człowiekowi wilkiem...
W tym roku zapowiada się jeszcze ciekawiej. Niedawno okazało się, że Ula z Olkiem mają chorobę lokomocyjną, wobec czego najlepiej wymiotuje się znienacka, między siedzenia, których nie da się wyjąć… Ale ciiiii, o tym innym razem😊.
Ahoj przygodo. Trzymajcie za nas kciuki.