Blog niekoniecznie ukierunkowany... autorka nie ponosi odpowiedzialności za rozczarowania 😜
               time 392 time 3 min.

Mirosław Hermaszewski.

pic

„I myśli sobie Ikar, co nie raz już w dół runął
Jakby powiało zdrowo to bym jeszcze raz pofrunął" .

Dzieci nasze mają lekcje języka angielskiego na platformie internetowej. Dwa razy w tygodniu spotykają się online, face to face z niepolskojęzycznym lektorem, na ogół z rejonów Oceanii. Któregoś z tych dni wracam do domu, a przy furtce czeka na mnie mój wściekły Mąż rycząc na całą wieś:„Ty wiesz co twój syn wykonał!?”

Tu dygresja - na pewno u Was w domu też jest ten sam trend: używanie zaimka dzierżawczego „twój” w stosunku do wspólnego potomstwa. To nigdy nie wróży niczego dobrego.

Pytam się więc z lekkim zaniepokojeniem co też zrobił ten mój syn. Otóż okazało się, że młody wpadł na wspaniały pomysł by zrobić nauczycielce niespodziankę. Niespodzianka miała polegać na tym, że w momencie gdy pani pojawi się na wizji w kadrze mając puste krzesło ucznia, młody niczym Batman przeleci przed kamerką i zląduje w blasku chwały wypełniając nieoczekiwanie pustkę scenografii.
Zapytacie zapewne jak chciał wzbić się do tego spektakularnego wyczynu? Bardzo prosto: wspiął się na swoje łóżko piętrowe obierając trajektorię raczej opadającą. A że dziecko inteligentne i intuicyjnie wyczuwa ryzyka wynikające z grawitacji, to sobie położyło piankowy materacyk na podłodze.
Jak wymyślił tak też uczynił – faza lotu udała się znakomicie, zdecydowanie gorzej było z lądowaniem. Materacyk ewidentnie nie był wtajemniczony w plan więc pod wpływem nieuzgodnionego uderzenia był się przesunął po wspomnianej podłodze, razem z lądującym właśnie środkiem ciężkości. Olka ma się rozumieć. W efekcie przyziemienie miało charakter awaryjny i awionauta wyrżnął na wznak bezpośrednio na równie nie współpracującą podłogę.

Ślubny, który tego dnia pracował zdalnie w pokoju obok, usłyszał wielki huk, po którym nastała złowroga cisza. Wystartował zatem paląc gumę i na ostatnim łuku kątem oka dojrzał na glebie domorosłego Gagarina, próbującego złapać ponownie oddech do płuc opróżnionych nagłym uderzeniem. Sukces (na szczęście) w tej materii młody zasygnalizował oczywiście rykiem o natężeniu konkurencyjnym do syreny strażackiej OSP. W ten sposób odpalił z kolei mojego męża, którego trafił jasny szlag w obliczu bezdennej głupoty dziecięcia wobec czego jął wykrzykiwać niewybredne komentarze podskakując żwawo z wściekłości. Mąż, nie szlag ma się rozumieć.
Po kolejnej sekundzie do pokoju wparowała histeryczka Ulka, która jeszcze nie wiedząc co się dzieje, na wszelki wypadek zaczęła wrzeszczeć na cały świat „ Olek ma kreeeeew, wszędzie kreeeew, kreeeeeeew, boję się…” Krwi na szczęście nie było ani kropli, ale reaktor mojego ślubnego osiągnął masę krytyczną i eksplodował. W furii nie wiedział już na kogo krzyczeć więc krzyczał w przestrzeń, piekląc się przy tym niemiłosiernie i próbując przekrzyczeć drące się nadal w niebogłosy dzieci.
oops


I tutaj nastąpił kolejny zwrot akcji, albowiem Tomek uświadomił sobie, że jest w Big Brother a bezpośrednim świadkiem zupełnie zwykłej przecież, każdemu mogącej zdarzyć się sytuacji, jest przerażona pani lektorka, której skośne na ogół oczy, zrobiły się w niewyjaśniony sposób okrągłe niczym spodki od filiżanek. Ten widok całkowicie zbił chłopa z pantałyku, jednocześnie chłodząc w ułamku sekundy płonący temperament całej trójki. Chwilę później prawie wszyscy wrócili zgodnie do pierwotnego stanu: Olek do pilnej nauki, Ula do robienia bałaganu, zaś sympatyczna filipińska nauczycielka do standardowo azjatyckich rysów twarzy.
Tylko mój mąż nie wiedzieć czemu podjął się roli odźwiernego, w którym to wcieleniu zastałam go przy wspomnianej na początku opowieści furtce…

Nie był to jednak ostatni lot w karierze mojego syna. Jakiś czas potem poszłam z dziećmi do znajomych, którzy mają bardzo duży basen ogrodowy. Zanim zdążyłam powiedzieć grzecznie "dzień dobry" usłyszałam plusk. Mój młodszy syn jeszcze na pasie startowym zrzucił ubrania, z otwartym podwoziem i wysuniętymi klapami zawadził o drabinkę i lotem swobodnie opadającym spadł do basenu. Nie przy ściance, nie tuż obok, nie. Na sam cholerny środek.
A gdy już tak sobie beztrosko wskoczył, wtedy naszła go refleksja, że do dna jest niespodziewanie daleko a on niekoniecznie potrafi pływać. Nawet bym się tak bardzo nie wkurzyła, gdyby nie to, że wszystko rozegrało się zaledwie w kilka sekund od naszego wejścia. Zamiast standardowego powitania zaserwowałam znajomym dziki kłus w kierunku basenu, połączony z odruchową cokolwiek próbą pozbycia się odzieży.
Na szczęście zanim udało mi się dodać sytuacji niecodziennego kolorytu, kolega Olka i jednocześnie syn gospodarzy wyciągnął niedoszłego topielca za fraki z basenu.

Grunt to pokazać się z rodziną od jak najlepszej strony 😊.
               time 792 time 3 min.

Parental advisory. Explicit content.

pic

Dzisiaj będzie tekst tylko dla pełnoletnich, o uświadamianiu. Wiem, że jako czytelnicy 18+ już raczej wiecie co i jak 😉, ale bardziej interesuje mnie następujące zagadnienie: w jaki sposób radzicie sobie z trudnymi pytaniami? My pewien etap mamy już za sobą, niestety moi synowie sporo wiedzą… Tak, ten niespełna siedmioletni również, od jakiś dwóch lat przynajmniej… nie pytajcie😊.

Mój pierwszy mąż dużo lepiej ode mnie radzi sobie z rozmowami wprawiającymi dorosłych w zakłopotanie. Kiedy pierworodny zaczynał krążyć wokół tematów tabu, ja lojalnie ulatniałam się niczym mgła w jesienny poranek, zostawiając ślubnego na polu walki. Wydawało się naturalne, że TA rozmowa odbędzie się w męskim gronie. Był już zatem maglowany temat jajeczek, plemników itd., ale bez wdawania się w szczegóły, suchy, rzeczowy, męski, biologiczny przekaz. Mąż mnie uspakajał: będziemy się gimnastykować wtedy, kiedy padnie właściwe pytanie, teraz nie ma się co spinać. Dałam się naiwnie zwieść temu spokojowi…
Rzecz ma miejsce jakieś 2-3 lata temu. Ze szkoły wraca wyraźnie podekscytowany potworzasty, widzę, że coś mu po głowie chodzi, ale nie pytam - sam w końcu przyjdzie. I stało się, bomba wybucha: "Mamooo, ale ten Michał (imię podmienione by nie denuncjować mądrali) jest głupi, wiesz? Bo on uważa, że dzieci robi się tak i tak." Po tym oświadczeniu następuje salwa śmiechu, bynajmniej nie mojego. W panice zaczynam wycofywać się rakiem z pokoju, uświadamiając sobie, że jestem sama na placu boju - ślubny, szczęściarz! jest w pracy. Na wysokości drzwi niestety słyszę "Mamo jak to jest????" Wdech, wydech, chrzanić naukowe wyjaśnienia, podeprę się wiedzą kolegi syna. Rzucam enigmatycznie: "No wiesz…Michał ma rację" i w nogi!!!
Tym razem oboje rejterujemy, zarówno ja, jak i dociekliwy młody człowiek poczuliśmy potrzebę oswojenia się w samotności z sytuacją. Niestety Młody potrzebował dużo, dużo mniej czasu ode mnie. "Mamoooooo????? A to znaczy, że każdy kto ma dzieci musiał to robić???", "No tak…" zawstydzona wyjąkałam i czmychnęłam do swojej warowni w kuchni 😉. Niestety, dociekliwiec cholerny, trop w trop za mną. "Mamooo, to znaczy, że WY też to robiliście?!" (wyszeptane ze zgrozą i nieukrywanym obrzydzeniem na twarzy). "Yyyyy…. noooo, tak, zdarzało się…" wyjąkałam nieśmiało… "przynajmniej trzy razy …", a że nie miałam już gdzie się wycofać, w złości ryknęłam za synem "i rodzice Michała też!!!!!".

oops


Nie do końca tak sobie tę rozmowę wyobrażałam😊, do tej pory pusty śmiech mnie ogarnia jak oczami wyobraźni widzę obrazek niczym z filmu: przytulone do rodzica dziecko, za oknem śnieg, w kominku skwierczą polanka (ekologicznie, wilgotność góra 5%), w dłoniach stosowna książeczka, dziecię zanurzone w mądrych słów czeluści… Wróć!!! Niestety. To nie był koniec atrakcji.
Kilka dni później z głębi łazienki słyszę głos młodszego syna. "Mamusiuuu, a ja już wiem, jak zrobić dzidziusia". Głupia baba, nienauczona doświadczeniem, rozbawiona, z uśpioną czujnością, zadziornie zapytuję malca: "No brawo Oluś, a jak?..." No to mi odpowiedział. Tak mi odpowiedział, że uśmiech stężał mi na ustach. Potem było nawet gorzej niż w rozmowie z pierworodnym, bo wydusiłam z siebie już tylko "acha". Następnie udałam się po telefon by obdzwonić wszystkie koleżanki z przedszkola z pytaniem, czy uświadomiły już swoje dzieci (mówimy o wówczas ledwie 4-5 latkach), i że jeśli nie, to radzę szybko to uczynić, gdyż Oluś już wie i na 100% podzieli się chętnie z innymi swoją wiedzą…
Matka roku normalnie, ale to, co gorsze, jeszcze nie koniec.
Jakiś czas po tych wydarzeniach zawitała do nas Mama Chrzestna mojego męża. Niezwykle mądra kobieta, mająca niewyczerpane pokłady doświadczenia bazującego na pracy zawodowej plus wychowaniu czterech córek i wówczas już 9 wnuków. Wysłuchawszy moich płaczy i lamentów, że nie sprawdziłam się jako matka, przewodniczka po trudnych tematach, doradziła mi podsunięcie młodzieży stosownej lektury, ze wskazaniem na konkretny tytuł (nie, nie będzie "linku afiliacyjnego"). Jak usłyszałam, tak zrobiłam i układając książkę synkowi na półkę radośnie z poczuciem dobrze rozwiązanego problemu udałam się do swoich codziennych obowiązków.
Kilka dni później deja vu. Jesteśmy weekendowo w gościach. Poranek, BEZ KAWY, niczego nieświadoma idę skontrolować dobrostan młodszego syna i nagle, spod regału z książkami naszych Gospodarzy, słyszę zdecydowane i podejrzanie trzeźwo jak na porę dnia brzmiące pytanie Kajetana: "mamo, a czy wy się zabezpieczacie?".
Jak grom z nieba, niemal nie dostałam wylewu. Niech to cholera, gdzie jest stary?!. Szlag! śpi na samym dole (a dom kilkupiętrowy)... Mamroczę zatem pod nosem, możliwie niezrozumiałe "no tak", i zaczynam paniczną ucieczkę z pola minowego. Niestety kolejne uderzenie następuje już pół schodka niżej: "Mamooo, a czy wy używacie prezerwatyw?". "Noooo, zdarza się…". Tym razem jest już naprawdę poważnie, więc całkowity odwrót i galopem w dół po schodach. "Mamooooo, a nie uważasz, że w Twoim wieku tabletki antykoncepcyjne byłyby lepsze?"

               time 699 time 3 min.

Noce i dnie

pic

Ciekawe jak w Waszych domach wyglądają poranki...

Dawniej, za czasów małego Kajtka nie było problemu z pobudką, bo nic takiego nie istniało. Młody praktycznie w ogóle nie spał, trudno więc było mówić o rozpoczęciu dnia. Nasza doba trwała dwa lata, jednym ciągiem, z małymi tylko przerwami. Potem sprawa się uregulowała, Oluś i Ula na szczęście zawsze lubili spać, ten dar mają po mamusi. Jeśli tylko uda nam się znaleźć jakiś kącik do ściółkowania, od razu robimy z niego użytek. Nie ważne jest miejsce, pora dnia itd. – drzemka...! W ten sposób do repertuaru wróciły poranki.
Tegoroczne wakacje, jak zwykle, rządziły się własnymi prawami. Spaliśmy wszyscy w opór, a jeśli któryś potworek wstawał za blisko świtu, miał ciche pozwolenie na oglądanie bajki lub czytanie książeczki. Wcześniej - wiadomo - nauczanie zdalne, też miało swoje zalety! Kajetan formalnie musiał zameldować się przy komputerze o godzinie 8.00. Profilaktycznie nie odpalał jednak kamerki (internet na ogół rano „rwał” 😉), więc nie musiał się przebierać, a śniadaniem interesował się dopiero gdzieś koło 10. Wszystko to oznaczało bezcenny czas na nabranie porannego rozpędu …
I nagle przyszedł wrzesień 2021: ja, która nigdy nie byłam rannym ptaszkiem, kontra trójka potworzastych, z nagłym przypływem miłości do długiego porannego snu. Po miesiącu prób i błędów mogę powiedzieć, że wreszcie wypracowałam skuteczne, pobudkowe metody:
  • Zakradam się cicho do sprzętu grającego i puszczam na fulla jakiś kawałek np. Blur Song 2. Uwaga techniczna: piosenki typu „Jak dobrze wstać skoro świt” nie sprawdzają się w ogóle!!!!
  • Druga moja ulubiona metoda zawiera także element zakradania się. Ponieważ obaj chłopcy mają łóżka piętrowe, wybieram ofiarę (tzn. oczywiście ukochane dzieciątko), która zasłużyła sobie na chwilę mamusinej uwagi, wślizguję się pod synowe łoże i zaczynam wrzeszczeć co sił w piersi. Repertuar mam mocno ograniczony, jeśli jestem już jakiś czas na nogach rozlega się „Pobuuuuuuudka wstać, kooooniom wody dać”. W wariancie zaspanym, bardziej refleksyjnym odśpiewuję"Panie Janie".
    Na trzy głosy 😊!...
Co ciekawe, chłopcy są już na tyle przyzwyczajeni do moich porannych, agresywnych napaści, że kiedy w przypływie matczynej czułości podeszłam raz do Kajtka i pogłaskałam go w ciszy po buzi usłyszałam reprymendę: "Mamoooo!!!, ale mnie przestraszyłaś!!!. Pojawiasz się tak z znikąd…". Innym razem, gdy nie miałam siły na psikusy krzyknęłam zwyczajnie z nad porannej kawy: "Chłoooooopcy, pobuuuuudka". W odpowiedzi z czeluści sypialni dobiegło ponure: "Nie ma jeszcze siódmej, ty potworze!..."
wampir
Z tematyką spania wiążą się w ogóle rozliczne perypetie. Często budzę się w środku nocy, tak około 2-3 i nie śpię do rana. Już po godzinie tzw. „rachunku sumienia”, ustaleniu planu na najbliższy dzień i rozebraniu wszystkich bieżących spraw na czynniki pierwsze, zaczyna się nuda. Kiedyś mężuś był bardziej zakochany i tolerancyjny, więc by umilić sobie to poranno-nocne czuwanie szeptałam mu do uszka: „Porozmawiaj ze mną, nudzi mi się”... Sama nie wiem jakim cudem nie skończyło się to wtedy morderstwem lub przynajmniej - w wersji najłagodniejszej - rozwodzikiem. Jednak po kilkunastu latach małżeństwa ślubny zabił nocnymi obelgami tę moją spontaniczność dziecka. Nie mam już tyle odwagi by zaczynać wprost nocne rozmowy. Jest na to zupełnie inny sposób: kiedy nudzi mi się już na maxa to… idę po wodę.
W każdym poradniku zdrowotnym powiedzą Wam, że trzeba pić dużo wody. Bardzo dużo wody. Więc ja również piję, a jakże, i na wszelki wypadek tłukę się przy tym niemiłosiernie. Jeśli mąż nadal nie załapuje kontekstu, to zostaje ostatnia deska ratunku, z naciskiem (nomen omen) na deskę: zaczynam chodzić do toalety. W końcu dużo wody wypiłam, prawda?. Zatem chodzę, tak ze dwadzieścia razy na 15 minut chodzę. I to w końcu pomaga.
Mąż nie może mnie zabić (z fizjologią nie da się walczyć, przynajmniej zbyt natrętnie), a jednocześnie wybudzony ze snu nawiązuje dialog. Wstęp zdecydowanie inwektywny i daleki od życzliwości, jednak w miarę rozwoju ton łagodnieje... Nie twierdzę, że od razu w kierunku życzliwości - bez ekstrawagancji, umówmy się! Ale to nie ważne, liczy się konwersacja i zabicie nudy.
Z resztą - na moją Przyjaciółkę, która nieopatrznie postanowi przenocować w naszej jaskini też mam metodę. Zakradam się do jej łóżka, o ile zdążę zrobić to przed którymś z dzieciaków, i śpiewnym tonem zapytuję: Dudziuuuuu, śpisz?????😊! Tu jednak wchodzą w grę brutalne reakcje na brutalne metody, więc muszę być bardzo czujna - w stawce są integralność fizyczna i psychiczna.
Kiedy tak sobie czytam to, co napisałam, zaczyna do mnie docierać, że nie jestem najmilszym towarzyszem nocnym. Do miłych poranków też nie za bardzo się nadaję, a w dzień śpię... hmm...
Może powinnam wieczorami zacząć więcej pić, nie tylko wody, a do tego żreć na potęgę jakieś środki na sen...? Dzieciom kupić uciekający budzik...?
Jakieś rady????

               time 708 time 4 min.

Formikarium

pic

Zamiłowanie moich chłopaków do przeróżnej maści robali robi się coraz bardziej problematyczne.

Ostatnio przez okrągły rok, dzień w dzień toczą się dyskusje:
"NIE, NIE zamieszkam pod jednym dachem z żadnym pająkiem. Nie, bo nie!!! Nie muszę się tłumaczyć jakimś bździochom!!!!Tak, wiem, że będzie w terrarium, ale z mojego punktu widzenia niewiele to zmienia. Jak będziecie dorośli kupicie sobie całe stadko pająków. Tak wiem, jestem bezwzględna, nie, to nie jest nie fair!!!"
Nic nie poradzę na to, że robali nie lubię, a nawet się ich boję. Z perspektywy czasu uważam, że zdobyłam się na bohaterski czyn godząc się na Boa gekonicę, wiedziałam, że prędzej czy później cała procedura łapania cykusi z hukiem spadnie na mnie. O
perypetiach z tym związanych pisałam już kiedyś. W każdym razie zanim oswoiłam się z karmówką gada, moje okrzyki było słychać w całej wsi, szczególnie, kiedy jeden Cykuś postanowił zakosztować wolności. Z poziomu krzesła (bo na biurko nie udało mi się już wskoczyć) musiałam podjąć szybko decyzję: zejść do zwierza by go zdjąć z trepa, czy już do końca swoich dni słuchać namolnego cykania dobiegającego gdzieś z kąta domu. Wybrałam opcję pierwszą, za co uprzejmie przepraszam wszelkich miłośników przyrody, na swoje usprawiedliwienie przypomnę , że świerszczyk i tak miał marnie skończyć, w gekoniej paszczy.
Aktualnie najświeższym pomysłem moich chłopców są niestety mrówki. Tymczasem odkąd mieszkamy na wsi mój stosunek do tych owadów uległ pewnej metamorfozie. Kiedy wprowadzaliśmy się pilnowałam zawzięcie Kajetana by nie przeszkadzał naszym działkowym insektom. Jak przystało na uświadomionego mieszczucha wciskałam dziecku kity typu: mróweczki tutaj mieszkały przed nami, to my jesteśmy intruzami itd.
Dzięki takiemu nastawieniu już po pierwszym sezonie miałam na działce jedno wielkie mrowisko. Mrówki były i są wszędzie. Niszczą rośliny, podkopują chodnik, taras itd. Co pewien czas robią również desant na dom i to jest przekroczenie granicy, za którą rodzą się atawizmy. Albo one albo ja, mój jest ten kawałek podłogi i żadnym mrówom nie dam się robić. Z ich patronackiego sklepu „Mrówka” (nomen omen) wykupiłam wszystko co się dało: proszek na mrówki, spray na mrówki, oprysk „pożegnanie z mrówką”, żel na mrówki, pułapki na mrówki… Taka mała obsesyjka ale ewidentnie niezbyt oryginalna, ponieważ rozleniwiony pan przy kasie wymruczał: „co, mróweczki?...” A więc wojna.
Wyobraźcie sobie zatem moją wściekłość, czy może bardziej bezradność, gdy moje dzieciątka zakomunikowały, że ich jedynym marzeniem, nadającym sens życia, bez którego już tylko rozpacz, beznadzieja i „(…)Coraz to z ciebie jako z drzazgi smolnej, Wokoło lecą szmaty zapalone(…)” jest posiadanie formikarium. Jako naiwna ignorantka najpierw pomyślałam: formikarium, coś z formami…?, może z modeliny będą coś robić... Niestety, mój najstarszy syn szybko naprowadził mnie na właściwą drogę myślenia. Jeszcze niedowierzając, chyba ze sto razy powtórzyłam: "… mamy całą działkę mrówek…tak???? I jeszcze mam zrobić im domek w moim domku, tak?! A co, jak się rozlezą?!! Mamy chałupę ze styropianu!!!! Jak to sobie wyobrażacie?!!!!!..."
Oczami wyobraźni widziałam już jak w ścianach naszego pasywnego igloo uciekinierzy robią sobie formikarium na własną rękę, ponad 600 metrów sześciennych formikarium, a w środku my. W charakterze eksponatu.
Niestety chłopięca mania mrówek trwa już trzeci rok i nie widać symptomów złagodzenia. Tam gdzie pojawiają się moje dzieci wszyscy od razu otrzymują przymusowe przeszkolenie z gatunków, upodobań kulinarnych, zwyczajów, łacińskich nazw (!!!) a nawet średnich cen w dostępnych w Polsce źródłach. Tak, tym cholerstwem się handluje, też nie mogłam uwierzyć. Dzieci znajomych wydają się nieodporne na indoktrynację moich bachorków, więc w ramach szkolenia praktycznego odbywa się wspólne nurkowanie po trawnikach w poszukiwaniu królowej matki hurtnicy pospolitej (Lasius Niger).

mrowka
Okazuje się jednak, że mrówki nie są jedynymi nieproszonymi lokatorami naszego wiejskiego domu. Co roku, późnym latem, zaraz po żniwach, jakieś dziwne żuczki postanawiają wprowadzić się nam na salony. Dzisiaj sprzątając pokój Olka kątem oka zauważyłam jednego takiego paskudniaka, przemieszczającego się po podłodze. W pierwszym odruchu sięgnęłam po ciapa by następnie wedle na szybko uknutego planu uplaskowić dziada raz na zawsze. Niestety, w połowie drogi musiałam szybko zmieniać trajektorię lotu udając, że tymże właśnie ciapem drapię się za uchem, ponieważ do pokoju nagle wparował Oluś, który radośnie oznajmił: „patrz mamo, Antek wrócił!!!!”. „Jaki Antek do cholery?!!” „No nasz Antek, oswojony żuczek, który mieszka z nami kilka lat.”.
Próbując złapać oddech zastanawiałam się jak ukryć przed synkiem cały stosik zmiecionych wcześniej na kupkę antków. Wtedy dotarła do mnie smutna świadomość: będąc mamą dwóch chłopców muszę oswoić się z tą bandą oblechów (mam na myśli zarówno robale, jak ich małych miłośników). Muszę nauczyć się nie wyskakiwać na dwa metry w górę na widok każdego robala, a w każdym razie nie wykrzykiwać przy tym wszystkich znanych mi inwektyw. By rozpoznać wroga bojem zgodziłam się na formikarium.
Niechaj Miłościwy ma mnie w swej opiece.

               time 708 time 5 min.

Paragony grozy.
Gościnnie z wakacji.

pic

Przebywając na wywczasie w rejonie nadmorskim my, mieszkańcy niżu środkowoeuropejskiego doświadczamy nieustannie dobrodziejstw krainy, którą postanowiliśmy masowo i brutalnie najechać.

Zawzięci i niewdzięczni jednak w swej okupanckiej naturze, depczemy kruchą wrażliwość lokalnej ludności bezwzględnym prymitywizmem i nieokiełznanym głodem atrakcji. Nic dziwnego, że umęczone naszą obecnością plemię endemiczne czasem nieśmiało daje upust swej frustracji, któremu to upustowi dzielnie udziela swych łamów nieoceniony portal onet.pl. Podążając za trendem również i ja ponownie nadużyję gościnności mojej Żony, aby nadać raport ze środka wydarzeń.
Trudno nie popaść w zadumę i refleksję nad marnością swej kondycji turystycznej czytając
„list Pani Agaty” , to jak odbicie w lustrze gwałtownie wyprostowanym z dotychczasowej uspakajającej krzywizny. Pani Agata punktuje celnie wszystkie wady najeźdźców tej pięknej, łagodnej i delikatnej społeczności umęczonej niemal trzymiesięcznym, corocznym zbiorowym gwałtem na lokalnej kulturze.
Zgroza zaczyna się już w miejscowym supermarkecie, gdzie stado wygłodniałych i wiecznie niezdecydowanych prymitywów nie potrafi sporządzić sensownej listy zakupów, a nawet wyprzedzająco ocenić ilości alkoholu niezbędnego do osiągnięcia stanu wakacyjnej ekstazy! Wszystko po to by pognębić przyczajonych w nienaturalnie długiej kolejce Autochtonów, którzy przyszli przecież tylko na zakupy, nie na orgię niezdecydowania i konsumpcji! Głośne komentarze na temat cen alkoholi tylko pogłębiają niesmak jaki budzi rażąca niewdzięczność tłuszczy wobec wysiłków miejscowych sklepikarzy. Ci ostatni heroicznie, wyjątkowo i tylko na wakacje obniżają swoje, niewielkie przecież, marże do poziomu ledwie 150%. Nic z tego, żadnej wdzięczności. Na domiar złego w sobotę (!!!) już w południe osobnicy zdradzają czwartorzędnymi cechami płciowymi obcowanie z plażą i upałem, co jak się zdaje na wakacjach nad morzem jest rzeczą o tyle naganną co niespotykaną w połowie lipca. Wszystko to czynią oczywiście w obecności (na)dmuchanych zabawek, które ciągają ze sobą wszędzie w myśl maksymy „kto by nad morzem dmuchał” (cytat). Ostatnie zdarzenia z mieleńskiej plaży wskazują, że chociaż tam powstaje delikatny wyłom w gorszącej praktyce. Niektórzy wbrew pruderii obserwatorów decydują się stawić opór trendom i podmuchać nie tylko na plaży, ale i publicznie. Płonne nadzieje - jedna jaskółka niestety wiosny nie czyni…
Tym czasem groza narasta, najeźdźcy przyjeżdżają i rozparkowują na śmierć wszystkie miejsca postojowe i nie tylko postojowe, w swojej bezczelności nie zważając na przygotowaną wyłącznie na ich potrzeby promocyjną ofertę parkowania za jedyne 20 złotych / godzinę na parkingu NIE strzeżonym, jak głoszą rozlokowane gęsto tabliczki. Nie pomaga, niepiśmienna tłuszcza żąda, wymaga i egzekwuje bez cienia umiaru. Tak, jakby nie dało się przejść tych 5 kilometrów pieszo albo do najbliższego przystanku „pojazdu wolnobieżnego” który już za 4 złote od osoby/wózka/dmuchańca dowiezie rozleniwioną bandę konsumentów w akompaniamencie przebojów lata 1973.
Wreszcie zniszczywszy pas chroniony fekaliami oraz nieposortowanymi odpadami, zabudowani parawanozą i gorszący męskim toplessem topią się ordynarnie w morzu albo - jeśli ocaleli - pijani i głodni hałasu wsiadają znów tłumnie do samochodów ruszając w drogę powrotną do luksusowych apartamentów z widokiem na morze. Na mapie. Wszystko tylko po to by wieczorem wrzaskami i muzyką znów uprzykrzać życie ostatnim miejscowym jacy zdołali oprzeć się szantażowi ekonomicznemu oraz jawnie zadawanym gwałtom i nie wynajęli swoich luksusowych apartamentów z suporeksu i eternitu okupantom na czas ich kwartalnej inwazji, lecz trwają w cierpieniu na posterunkach swych domostw.
W sukurs Pani Agacie przychodzi z zaskakująco przenikliwą refleksją Pani Agnieszka. W liście do wspomnianego zacnego portalu ubolewa nad wszechobecną jarmarczną pstrokacizną. Tak, to najbardziej dotkliwe, że lokalne, kulturalne społeczności na czas wakacji pod presją najeżdżającego je chamstwa rezygnują z czwartkowych wieczorów z Bachem a nawet (o zgrozo) z co piątkowych konkursów swobodnej mowy wiązanej imienia Lorda Byrona oraz festiwali teatru eksperymentalnego. Wystawy malarstwa impresjonistycznego oraz rzeźby współczesnej są w pośpiechu demontowane i ukrywane w zacisznych magazynach miejscowych Domów Kultury, by ustąpić pola tłuszczy rządnej karaoke, disco – polo i mini zoo z karaczanami i patyczakami. Atmosferyczne salki licznych kin studyjnych, jesienią przepełnione dyskusją autochtonów nad dziełami Kim Ki Duka i Almodovara latem przy akompaniamencie zrozpaczonego zgrzytania miejscowych kulturalnych zębów wypełniają się klockami lego oraz największymi w Polsce kolekcjami ulotek agencji towarzyskich.
Nie to jest jednak najdotkliwsze dla szczupłych i wysportowanych Endemitów. Nic bowiem tak nie obniża dobrostanu ducha jak widok tłuszczy z nadwagą omijającej szerokim łukiem elegancką ofertę lokalnych Szefów Kuchni. Te wszystkie fois-gras z dressingiem z truskawek, homary, steki z sezonowanej na sucho wołowiny angus, pasty z truflą w stylu napolitano, delikatne bliny z kawiorem i lekkim jak piórko musem z wątróbki dorszowej schną samotnie w witrynach wykwintnych, klimatycznych portowych tawern konsekwentnie omijane przez nienażartą bandę prymitywów. Zamiast uszczknąć co nieco ze światowej kultury kulinarnej instaluje się to spasione chamstwo w obrzydliwych, ociekających tłuszczem budach z dykty żrąc kebaby i mrożoną flądrę w oleju silnikowym. Cała ta scenografia powstaje oczywiście wielkim wysiłkiem umęczonych i strwożonych skalą prostactwa lokalnych społeczności, wbrew ich elementarnemu poczuciu smaku. Co roku, na niemal trzy miesiące trzeba zasłaniać paździerzem piękno i niewymuszoną prostotę nadmorskich perełek architektury i urbanistyki jedynie po to, żeby wandale z południa mogli choć trochę poczuć się swojsko. Mimo to niewdzięczni narzekają na ceny, tak, jakby 100 gram panierki z zimnej frytury za 25 złotych to był jakiś wygórowany poziom odszkodowania za publiczne zgorszenie jakiego są źródłem!
Trudno nie przyznać Pani Agnieszce racji, że jest też jakiś rodzaj pogłębionego syndromu sztokholmskiego. Z roku na rok obserwuję zlewanie się wizualne najeźdźców z reprezentacją miejscowych, walczących na pierwszej linii frontu wojny kultur - na przeludnionych straganach, w zadymionych smażalniach lub w oblepionych osami lodziarniach. W miejsce tradycyjnych pomorskich strojów ludowych i warkoczy plecionych w Noc Kupały na pomorskich blond włosach, a nawet na zatracenie uroczych koszulek marynarskich w paski wkroczyły niepostrzeżenie tipsy, tatuaże, podoklejane i posklejane rzęsy, silikonowe usta i pośladki zdobione cellulitem manifestującym ciałopozytywność spod krawędzi obszarpanych i zbyt krótkich szortów jeans. Tylko autochtońskie oczy patrzą bardziej ponuro i z mroków jakby nieco mniej opalonych twarzy…
Nawet miejscowa mafia, znana przecież z elegancji, wyrafinowania i subtelnych, ekologicznych środków nacisku oraz lokomocji pauperyzuje się moralnie pod presją szturmującego chamstwa. Porzuciła czemuś garnitury Armaniego i stonowane dźwięki muzyki dawnej, przesiadła się na bermudy, adidasy, raybany i ostentacyjnie stuningowane niemieckie auta dudniące miarowo tubami basowymi w bagażnikach oraz grzechoczące poluzowanymi niemieckimi tablicami rejestracyjnymi. Towarzyszące im Panie również niestety rezygnują z wieczorowego dress code na rzecz bardzo szeroko rozumianego haute couture, czy może bardziej dessous…
Zewsząd upadek i regres, a wszystko zaraza, przywiana z południa. Wiele lat udawało się blokować ten najazd dziurawymi drogami, fotoradarami i opłatami uzdrowiskowymi. Samorządy nadmorskich gmin nadal mają w tej dziedzinie osiągnięcia na skalę europejską, jeśli nie światową. Ostatnie lata jednak wraz z wybudowaniem dróg ekspresowych wytrącają nieuchronnie nawet ten wątły oręż z rąk udręczonych włodarzy. Na domiar złego pod bezprecedensową presją różnych lockdownów umęczona covidem branża turystyczna zmuszona została do nieplanowanych inwestycji na niespotykaną dotąd skalę i zastąpienie prycz wersalkami z OLX a nawet wymiany cieknących wprawdzie od 40 lat, ale przecież wciąż dobrych, żeliwnych górnopłuków! Ten fatalny impuls odciska się bolesnym piętnem na kondycji ekonomicznej Pomorza i czterokrotne podniesienie cen nijak nie jest w stanie zrekompensować poniesionego wysiłku. Znikąd nadziei.
Uświadomiwszy sobie poziom własnej marności mogę już tylko przydzielić się do któregoś z podgatunków usystematyzowanych zgodnie z przenikliwą klasyfikacją Pani Agnieszki na te pod przewodnictwem „roszczeniowych tipsiar” „umęczonych matek polek” lub „miksu tego wszystkiego”. Niezależnie od zaszeregowania, obwieszony obowiązkowo rozwydrzonymi bachorami i dmuchańcami, ruszam zatem na resztki swojego urlopu inscenizować ataki histerii, zadawać gwałt, siać zniszczenie oraz naruszać mir domowy.
Opłacę tylko przed tym ostatni już paragon grozy. Człowiek człowiekowi wilkiem...

               time 666 time 6 min.

Wakacje

pic

Moi Drodzy, jak tam Wasze wakacje? My jesteśmy na chwilę przed, ale przygotowania rozpoczęły się tradycyjnie - pół roku wcześniej.

Co sezon zadaję dzieciom retoryczne pytanie: „dzieciory, gdzie chcecie jechać?” Moje potworki znają tylko jedną słuszną odpowiedź: „My chcemy nad nasze morze”. Tradycyjny również komentarz mojego ślubnego brzmi: „jesoooo, znowu morze, a dlaczego nie Małkinia!?” To taki nasz małżeński rytualik od czasu, gdy na radosne „Kochanie, gdzie jedziemy na naszą podróż poślubną?” usłyszałam: „jak to gdzie? do Małkini, no może do… Ostrołęki”.
Po ustaleniu miejsca, terminu, rezerwacji, wpłacie zaliczki (i znowu: „jesoooo, dlaczego tak dużo? taniej byłoby nawet w Małkini”) następuje kilka miesięcy luzu. Teksańska masakra piłą mechaniczną zaczyna się na tydzień przed godziną zero. Wówczas na ogół okazuje się, że złośliwe dzieciory właśnie postanowiły wyrosnąć z całej odzieży i na szybko trzeba im uzupełniać garderobę. Radośnie odpalamy sandały by móc nacieszyć się bieganiem po sklepach, teraz już z całym stadem u szyi (wakacje, niech żyją wakacje) i wydawaniem coraz szybciej topniejącego stosika pieniędzy.
Kolejnym etapem jest zabezpieczenie naszej bernardynicy na czas wyjazdu. Jak jest dobry „rok psi” problem rozwiązuje mój Papa, śmiejemy się, że Toska jest jego ukochaną wnuczką. Pod kuratelą Dziadka psica jest zaopiekowana, wybiegana i potwornie rozpieszczana, więc kiedy wracamy z urlopu pies bynajmniej nie wygląda na specjalnie ucieszonego tym faktem. Tata, podobnie jak ja uwielbia i hołubi wszelkie zwierzęta, tylko raz zdarzyło się nam w tej sprawie malutkie spięcie, takie tyci, tyci. W ramach ostatnich wskazówek przed wyjazdem informuję rodziciela: „Tato, w kuchni mamy mysz. Rozstawione są pułapki i rozsypana trutka. Jakbyś mógł kontrolować sytuację… „. Po czym uspokojeni tym, że dom i pies są pod dobrą opieką wyruszamy na urlop. Tam, dzięki mocy FB odkrywam z przerażeniem, że w kuchni mam nie tyle mysz, co całą mysią rodzinkę z małymi myszątkami! Jak na to wpadłam? Otóż wskazówką było zamieszczone (a jakże!) zdjęcie tatusiowego laptopa leżącego na stole, przy którym obok wylotu wiatraczka tłoczyły się malutkie myszki – oseski, fotka okraszona wpisem rozczulonego autora: „zwierzaczki grzeją się przy wiatraczku”. !!!. Lekko spanikowana dzwonię z interwencją i mówię: „Tato, zapamiętaj proszę, na wsi myszy to wróg. Nie kochamy ich, nie opiekujemy się, nie dokarmiamy, likwidujemy problem na wszelkie nawet niehumanitarne sposoby!!!!! Myszy to ZŁOOOOOOO!” Z drugiej strony telefonu zalega głucha cisza, po czym obrażony, chłodny głos rzuca zasadniczym tonem „Dobrze, wyprowadzę je w pola, ale tam na pewno umrą”.
Jeśli Tato nie może zaopiekować się Toską, wówczas na pomoc biegną najwspanialsi na świecie Sąsiedzi, i tu też nie odbywa się bez wpadek. Któregoś roku musieliśmy zapewnić opiekę dla psa na ponad dwa tygodnie. Głupio było obarczać „psim problemem” jedną rodzinę na tak długi czas, wpadłam więc na pomysł, że klucze zostawię w kilku domach. Dzięki temu zawsze ktoś znajdzie czas by wpaść do sierściucha, napoić, nakarmić a nawet zapewnić mu spacerek.
Błędem okazał się brak koordynacji działań. Już po czterech dniach nieobecności zaczęłam dostawać od kolejnych sąsiadów niepokojące informacje, że z Toską jest coś nie tak: nie podnosi się nawet, jeśli ktoś wchodzi na działkę, jest wyraźnie osowiała itd. Wytłumaczenie było zdecydowanie nieweterynaryjne jak się okazało, z pomocą przyszły (ponownie) zdjęcia z kolejnych psich spacerków. Każdemu z sumiennych Sąsiadów żal było samotnego pieska, więc gdy tylko znalazła się wolna chwila ochoczo ciągnęli sierściucha na w pola. Bernardyn - jak wiadomo, owczarek górski, uwielbia fitness przy +30 w cieniu. Po takiej kuracji Toska z własnej woli zaczęła się domagać wyjścia dopiero gdzieś w okolicy listopada. W tym roku sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, oprócz psicy i kotów musimy zabezpieczyć gekona (mały problem) i jego karmę - świerszcze (duży problem) 😊. Jak już jednak wspomniałam wyżej: sąsiadów mamy najlepszych na świecie, więc logistycznie wszystko udało się ogarnąć (chyba).
Tym czasem obkupieni w nowe ciuchy, po wypraniu tego, co wymagało odświeżenia plus zabezpieczeniu zwierząt zaczynamy najlepsze… pakowanie. Wyciągam nasze specjalne wakacyjne torby, każda wielkości dużej lodówki i zaczynam upychanie (bo słowo pakowanie nie bardzo obrazuje faktyczny stan rzeczy). Jak wiadomo nad naszym kochanym, polskim morzem w wakacje mamy trzy pory roku i trzeba uwzględnić wersję zimową, wiosenną oraz ekstremalne upały. Wspomnę tutaj tylko, że samych par butów mamy przynajmniej 15, prosty rachunek: 5 osób x (sandały + trampki + kalosze) = gwarancja zapełnienia dużej torby. Z litości dla siebie pomijam ukochane klapki, klapeczki i inne babskie słabostki, a w tym domu już są dwie takie, które lubią mieć obuwniczy wybór! Kolejna torba idzie na akcesoria plażowe: 10 kostiumów kąpielowych, 10 ręczników by mieć na zmianę, sterta szlafroków (by dzieciaczki nie marzły na plaży), koce, namiot plażowy…
Właśnie! z tym za każdym razem jest cyrk przy składaniu. Najczęściej próba kończy się pomocą życzliwych ludzi przy udziale niezłego, z każdą minutą rosnącego tłumu gapiów, którzy angażują się na przemian ciągnąc łacha lub dodając otuchy zachęcającymi okrzykami. Złożenie namiotu skutkuje entuzjastycznymi brawami, wiwatami, a mój prywatny bohater kłania się wszem i wobec, na prawo i lewo. Kurtyna.
W ramach rosnących gór niezbędnego ekwipunku nie wolno nie wspomnieć o piankach do windsurfingu, które przydają się przy wodzie o temperaturze minus 10 stopni, siatkach do łapania meduz, przeważnie tych zdechłych oraz akcesoriach do piasku. Licznych, bo uwzględniających opcję damską: foremki do robienia lodów, babeczek itd. oraz męską: sikawki do wody, lotniskowce, niszczyciele itd. Przy odrobinie szczęścia może uda się załadować do torby wszystkie dmuchańce: dwa krokodyle i ukochaną lamę Uli, które się przydadzą oczywiście pod warunkiem, że woda nie będzie miała temperatury minusowej. Albo nie będzie na tyle ciepła, że trzeba będzie bić się w niej o miejsce z rozochoconymi sinicami. Na tym etapie zaczynam przeważnie nieśmiało sugerować już coraz bardziej wkurzonemu mężowi, że mimo dość pojemnego samochodu przydałoby się zamontować bagażnik na dachu, pieszczotliwie zwany „trumną”. „Tak Kochanie, wiem. Wózka już nie bierzemy, ale sam rozumiesz, ręczniki, dmuchańce, szlafroki, prześcieradełka z gumką... jak to po co? przecież nie lubisz, jak prześcieradło spada z łóżka. Poza tym kurteczki przeciwdeszczowe, kurteczki na chłodek, dwa koce by miały szanse wyschnąć, ekspresik do kawy z kapsułkami… Chyba żartujesz! … nie będziemy płacili 20 zł za kawę, a tej rozpuszczalnej nie da się pić. Wiesz, toster by się przydał, oni lubią tościki, żelazko, koniecznie pamiętaj o żelazku. Tak wiem, że są wakacje, ale nie będę teraz wszystkiego prasowała. Wolę prasować na raty. Dobrze, już dobrze, nie wrzeszcz, gofrownicy nie wezmę! Misiuuu a wiesz? tam wszystko podobno nad morzem takie drogie. Nie upchnąłbyś może thermomisia…? A! no i kilka noży, bo wiesz, że my lubimy na ostro😊”.
To jest moment, gdy sytuacja staję się delikatnie mówiąc napięta. Ślubny - jak co roku - przytłoczony rozmiarem rosnącego bagażu zaczyna mruczeć i gadać do siebie. Ja jak zwykle przed urlopem: na chwilę przed okresem (sekcja czytelniczek
wie o czym mówię i że zawsze okresik na urlop), nie uchylam się od wejścia w kontrę, a nawet ochoczo wykorzystuję możliwość by ulać sobie nieco przedokresowego jadu. Zaczyna być milusio. Na to wszystko nagle z wszystkich nor wyłażą Potworzaste ze swoimi ukochanymi zabawkami, skarbami i książeczkami nerwowo dopytując, gdzie można te wszystkie niezbędne rzeczy upchnąć.
Wreszcie, kiedy udaje mi się spakować siebie, trójkę dzieci plus całą stertę rzeczy przydatnych każdej polskiej rodzinie wybierającej się na urlop nad polskie morze… zaczyna coś we mnie pękać. Po jaką cholerę tam jedziemy???? Ledwo żyję, mam dość, jestem przemęczona, za stara na takie numery!!! Po co mi ten urlop??? „Kto wymyślił by w ogóle wyjeżdżać. Mamy w okolicy takie piękne plaże. Nie krzycz na mnie! Jak nie chcesz tego pakować to nie pakuj, ale nie wiem, jak Ty to powiesz dzieciom!!! Tak, na Twoje rzeczy została najmniejsza torba, co się głupio dziwisz??? Mogłeś dużych toreb kupić więcej!!!!”.
Przez te kilkanaście lat małżeństwa nie przypominam sobie by choć raz udało nam się wsiąść do auta w dobrych, radosnych nastrojach. Na ogół w pierwszych kilometrach podróży rozpatrujemy z mężem różne scenariusze rozwodu i kłócimy się komu w przydziale zostają dzieci, nie, nie o to z kim zostaną dzieci, tylko raczej z kim nie zostaną: „Ja ich nie chcę, są bardziej do Ciebie przywiązane!!!” „Weź się odczep, Ty więcej zarabiasz, u Ciebie będzie im lepiej!!!” itd. W tle wyraźnie narastają krzyki coraz bardziej poirytowanych bohaterów rozmowy: „mamoooo, tatoooo nie wygłupiajcie się!!!”. A kto tu faken mówi o wygłupach???

W tym roku zapowiada się jeszcze ciekawiej. Niedawno okazało się, że Ula z Olkiem mają chorobę lokomocyjną, wobec czego najlepiej wymiotuje się znienacka, między siedzenia, których nie da się wyjąć… Ale ciiiii, o tym innym razem😊. Ahoj przygodo. Trzymajcie za nas kciuki.