Blog niekoniecznie ukierunkowany... autorka nie ponosi odpowiedzialności za rozczarowania 😜
               time 539 time 9 min.

Downsizing i elektromobilność. Suplement - słownik.

pic

Dochodzą mnie słuchy, że pomimo w miarę pozytywnego odbioru ze strony Szanownych Czytelniczek, sympatia niestety nie do końca przekłada się na łatwą percepcję mojego ojcowsko – motoryzacyjnego wpisu. Doszedłem zatem do wniosku, że koniecznie trzeba nieco rozhermetyzować język, którym się posłużyłem i niniejszym przedkładam słowniczek użytych pojęć, w kolejności wystąpienia.

  1. Zacisk, tarcza hamulcowa – element wyposażenia samochodu, służący do jego zatrzymywania, co jest z założenia bez sensu, jako że wiadomo powszechnie: samochód ma jechać a nie zatrzymywać się.

  2. Drążek stabilizatora – tu jest trudniej…. Kawał pręta, którego żadna z Pań nigdy raczej nie zobaczy na własne oczy. Bez nieprzyzwoitych skojarzeń proszę 😉.

  3. Średnica obręczy – inaczej felgi, w skrócie chodzi o ROZMIAR kół. ROZMIAR jako się rzekło ma znaczenie.

  4. Etylina bezołowiowa – myląca nazwa benzyny z czasów wczesnej III RP. Często jest chrzczona, ale jak się zdaje niekoniecznie w rycie rzymskim… Trafia do krwiobiegu na ogół z chwilą pierwszego chłopięcego kontaktu z szybkim autem, takim jak na przykład Trabant czy Syrena. Statystyki medyczne pokazują, że jest to nieuleczalne schorzenie pokoleniowe mężczyzn w średnim wieku, z nadwagą lub otyłością.

  5. Etanol – drogie Panie, wszystko to, co jest fajne w drinusiach a o czym zbyt głośno się nie mówi, tak? 😊 W połączeniu z Etyliną powoduje zaburzenia percepcji w policyjnych urządzeniach radarowych, co grozi trwałą utratą prawa jazdy.

  6. Grill – nie, nie, tu nie chodzi o przyczynę otyłości Waszych Partnerów, jakiś porąbaniec wymyślił to na określenie fragmentu przodu samochodu! Wszystko to, co pomiędzy lampami i ponad tablicą rejestracyjną to jest z grubsza grill. Też nie wiem dlaczego, ale zaufajcie mi, bywa gorzej, bo niektórzy mówią na to „atrapa”. Do tego ROZMIAR grilla – atrapy ma kolosalne znaczenie marketingowe o czym niżej, w pozycji „nerki”.

  7. Centymetr sześcienny – miara ROZMIARU. Kluczowa zarówno w odniesieniu do samochodowych silników jak i ich męskich użytkowników. W obu wypadkach temat drażliwy i wrażliwy. Generalnie im więcej centymetrów pod maską tym lepiej, z resztą: same Panie dobrze wiecie 😉 o co chodzi.

  8. Charger V8 6 litrów – amerykański samochód dla pamiętających „Znikający Punkt” ze Stevem McQueenem. KONKRETNY ROZMIAR w każdym miejscu, muscle car, pożądany przez posiadaczy „beer muscle” w średnim wieku. Baaaardzo duży silnik, dość powiedzieć, że 6 litrów, to jest sześć tysięcy centymetrów sześciennych! Wyobraźcie sobie, że ktoś skleił w jedno monstrum 6 silników od Yarisa! Do tego - nie wchodząc w szczegóły techniczne - V8 oznacza DUŻY DŹWIĘK, daleki od szlachetnego timbre kosiarki podwórkowej, właściwego popularnym produktom europejskiego przemysłu motoryzacyjnego. Podobno na niektórych działa lepiej niż słynna niebieska tabletka znanego koncernu farmaceutycznego. Nawet jeśli tak jest, to niechętnie się przyznają.

  9. auto
  10. Downsizing – wszystko to, co oznacza radykalne i gwałtowne ograniczenie przyjemności, nawet tej, która jeszcze nie zdążyła nadejść. Same Panie rozumieją, że to nic dobrego.

  11. 1.2, 1.4 itp. – miara ROZMIARU (tu raczej rozmiaru) silnika, domyślnie podawana w litrach (patrz "Charger…6 litrów"). To naprawdę nie jest dużo centymetrów, ale taka jest smutna, downsizingowa średnia europejska, a bywa jeszcze mniej. Serio.

  12. TSI – skrót od „teraz same inwektywy”. Męscy użytkownicy aut z grupy Volkswagena roczniki około 2010 i później dobrze wiedzą dlaczego, Paniom nie będziemy zawracać głowy głupotami. Przy okazji, drogie Panie VAG to nie jest wyłącznie określenie celebryckiej partnerki znanego piłkarza, a Skoda to też Volkswagen. Seat też. Nawet Audi 😊, a nawet (!) trochę Porsche, kto by się spodziewał, prawda?

  13. Manual, szmata, korba – ręczna skrzynia biegów, tapicerka materiałowa o uroku onucy, brak guziczków do otwierania szyb, w to miejsce zabawna korbka. Szlachetny minimalizm, jaki do dziś znaleźć można w cenniku niemieckich producentów samochodów.

  14. Rama i pedały – nie, nie chodzi absolutnie o tłuszcze roślinne i homofobię. To określenie rodem z cyklizmu, charakteryzujące niezwykle długą listę wyposażenia podstawowych wersji samochodów wzmiankowanych niemieckich producentów.

  15. W gazie – popularne źródło oszczędności na paliwie wymagające zamontowania butli gazowej w bagażniku samochodu. Pachnie kiszoną kapustą i nie nadaje się na grill w plenerze, ogólnie oficjalnie siara, ale każdy się kiedyś przymierzał, w końcu 2 zeta za litr paliwa to nawet ja nie pamiętam, a sporo pamiętam.

  16. Turbo – sposób na niwelację efektów downsizingu, pozwala udawać, że ROZMIAR nie ma znaczenia i 1.2 (patrz wyżej) wystarczy, żeby napędzić samochód ważący prawie 2 tony. Działa jak każdy doping – za późno, za mocno i za krótko, a jak się przesadzi to jest „blow off”. Analogie ze wspomnianą wyżej niebieską pigułką producenta szczepionek narzucają się same. Przodują w tym Europejczycy, impuls wyszedł ze Szwecji, to chyba skutek starzejących się społeczeństw. Wszyscy to kochają tak mocno, że pionierska w tym zakresie marka SAAB już od kilku lat nie istnieje. Ale to nie pomogło, praktycznie nie ma w Europie nowych samochodów bez turbo. Za to w motorsporcie turbo to jest … ech..., ale my tutaj nie o motorsporcie przecież.

  17. Z dołu jedzie – nie, nie, nie. Nie chodzi o higienę osobistą. To parametr opisujący w miarę żwawą reakcję silnika samochodowego na próbę przyspieszenia bez redukcji, popularny wśród osób nielubiących zmieniać biegów w samochodzie. Panie docenią szczególnie bo do pewnego stopnia maskuje brak automatycznej skrzyni biegów 😊.

  18. Dotrysk, wtrysk, wtryskiwacz – oznacza dosłownie to co oznacza. Z zastrzeżeniem: do silnika. Tak, silnik wymaga, żeby mu wtryskiwać, inaczej nie pojedzie i to nie jest żaden seksizm.

  19. Bezpośredni – parametr, który wiąże się z dotryskiem i wtryskiem, nie ma nic wspólnego z cechami osobowości. Patrz „TSI”

  20. Zawory – również dosłowne określenie elementu silnika. Wrażliwego i drogocennego, więc zacieranie go może boleć, wiadomo. Otarcia powstają przy zbyt bezpośrednim wtrysku, jeśli auto jeździ na gazie (patrz „W gazie”) i to wciąż nie jest cecha charakteru 😉. Można temu zapobiec stosując lubrykanty, tutaj akurat w postaci benzyny. Wszystko generalnie całkiem intuicyjne, prawda?

  21. Calibra, Vectra B, Espero – męski hall of shame. Samochody z połowy lat 90, równie popularne co badziewne. Generalnie różne klony prehistorycznej techniki Opla w mniej lub bardziej udanej odsłonie. Paradoksalnie ta koreańska (Espero) najmniej kontrowersyjna, bo przynajmniej konsekwentna w przyjętej konwencji. Reszta to ostateczne pożegnanie z legendą marki, konające w łapach wieśtunerów (Calibra) oraz obwoźnych sprzedawców warzyw. Na ogół cios łaski zadają jako ostatnie ekipy budowlane z peryferyjnych obszarów swoich regionów.

  22. Borewicz 1.5 w przejściówce – Polonez z najczarniejszego okresu PRL. Już nie klasyk, nie taki jak w „07 zgłoś się” bo „zracjonalizowany” przez FSO a jeszcze nie „pełny face lift” bo CARO było znacznie później. Występuje na przykład w filmie „Piłkarski Poker” pod wdzięcznym pseudonimem „Klamor”. Powolny, ociężały i awaryjny, ale w swoim czasie luksusowy, stąd pozornie wybujałe porównania do transatlantyka „Batory”, również w zakresie dynamiki i zwrotności. Naprawdę nie są bardzo na wyrost.

  23. auto
  24. 500 koni/kucy – w samochodzie osobowym to prawie to samo co 6 litrów. Rozmiar, siła, prestiż, MOC. No i cena, oczywiście cena. Niejednego potrafiło ponieść w nieznane, jazda konna bywa niebezpieczna, Drogie Panie, proszę mi wierzyć na słowo.

  25. 22 cale – sporo, znacznie ponad pół metra. Umówmy się, lekka przesada, tak? Tutaj jednak chodzi o średnicę obręczy i to też przesada (patrz "średnica obręczy" 😊).

  26. SUV premium - Bentyaga, Cayenne, Lex – absurdalnie i ostentacyjnie drogie, monstrualnie wielkie i totalnie bezsensowne samochody Bentleya, Porsche i Toyoty (tak, Lexus to Toyota, kto by się spodziewał?). Uwielbiane przez dobrze sytuowane przedstawicielki Płci Pięknej, ponieważ są idealne do miasta i do wpieniania Straży Miejskiej. Doskonale parkują na ścieżkach rowerowych, przejściach dla pieszych, trawnikach, w bramach. Również na parkingach, obowiązkowo minimum 2 miejsca. Bardzo fit i bardzo eko (patrz "hybryda",). W parkingach podziemnych galerii handlowych gwarantują dreszczyk emocji – potłuczone oświetlenie i zmiażdżone przewody wentylacji mechanicznej garażu, to normalka, wystarczy za szybko przejechać próg zwalniający. Efekt „wow” gwarantowany, co jest oczywiście bezcenne. Trudno powiedzieć który jest głupszy, ale chyba wygrywa Bentyaga. Bentley to marka Królowej Elżbiety. Zapewne Widziałyście Panie te samochody w telewizorze, na pogrzebie Księcia Andrzeja, konserwatywne, wielkie pudła w stylu retro. Teraz spróbujcie sobie wyobrazić, jak wyglądałyby postawione na kołach od traktora. I to jest właśnie Bentyaga, grubo ponad milion złotych za okazję do zrobienia z siebie clowna 😊. Ale trzeba oddać sprawiedliwość, tę ścieżkę pioniersko przecierał Porsche. Nie Ferdynand, jego wnuki, z nieodżałowaną, pierwszą serią Cayenne, w homofobicznych kręgach nazywanego z nieznanych przyczyn Gayenne... W tej puli również jakże zgrabne, wysmakowane i stonowane w estetyce Audi Q7, BMW X7, czy wzmiankowany Mercedes GLE. A imię jego jest legion 😉.

  27. auto
  28. Hybryda – drogie Panie, z grubsza wiem co to jest hybryda a nawet żel(!), ale tutaj nie chodzi o utwardzanie manikiuru promieniami UV, wręcz przeciwnie. Tu chodzi o ochronę Planety! Pionierem jest niezawodna Toyota, ze swoim porywającym i popularnym wśród warszawskich taksówkarzy oraz w Kalifornii (quiz: czym jeździła Karen z serialu Californication?) modelem Prius. W skrócie to samochód napędzany silnikiem elektrycznym i spalinowym jednocześnie, podobnie jak np. lokomotywa manewrowa PKP. I to jest bardzo ekologiczne, szczególnie w SUV-ach (patrz "SUV premium"). Do tego dzięki wielkiej baterii litowo – jonowej jest też bardzo „fair trade”: gwarantuje wieloletnie źródło utrzymania pokoleniom afrykańskich dzieci, zaangażowanych w szlachetny proces recyklingu na okołorównikowych wysypiskach śmieci. Działa kojąco na skołatane nerwy popularnych aktorek zwalczających smog, dlatego (ponownie) nieoceniona Toyota przekuła ten terapeutyczny efekt w slogan „stop smog go hybrid”.

  29. Ford K, Corsa – drogie Panie, bez zbędnej pruderii proszę, a czym jeździłyście na studiach 😉? Pamiętamy, nie kochamy….

  30. Stelvio – sytuacja, kiedy legendarna marka jaką jest Alfa Romeo próbuje rywalizować w głupocie z Audi, BMW, Mercedesem, Bentleyem i Porsche razem wziętymi. Wychodzi jak to we Włoszech: jeśli popatrzeć z odpowiedniego kąta jest naprawdę pięknie, detale miejscami wysmakowane, miejscami pamiętają Fiata 125 bez literki „p”. Ale to wciąż SUV premium (Patrz "SUV premium"). A wystarczyło zmodernizować Giulię…

  31. E46 – oficjalna nazwa kodowa BMW serii 3 z przełomu lat 90 i 2000. Aktualnie domena młodzieży kochającej sportowe ciuchy i gaz. Na ulicach. Popularny uczestnik kolizji w rodzaju „kierujący z nieustalonych przyczyn stracił panowanie nad pojazdem”.

  32. Nerki - to temat bardzo skomplikowany, wiadomo, ważny narząd, są dwie i niekoniecznie powinny być wielkie, bo to nic dobrego nie wróży. BMW zachorowało na nerki już dawno i przerost organu postępuje (patrz "SUV premium, BMW X7") wraz z gwałtownym zwiększeniem ilości klientów marki na chińskim rynku. Zdrowie złożone na ołtarzu marketingu? Najwyraźniej, choć wielkie lub bardziej dyskretne nerki są tradycyjnym grillem w autach tej marki i to od czasów, kiedy grill bynajmniej nie był atrapą (patrz "grill").

  33. ST220 – ostatni z „wielkich” Fordów z Europy. Mondeo w wersji sportowej, dość brutalne i do tego sprzedawali je w wersji dla rodziny 500+, jako kombi! Wielkie kombi! Pod maską stary, amerykański żeliwny silnik V6 (patrz "CHARGER V8") o niepowtarzalnym brzmieniu i niepowtarzalnym apetycie na paliwo, gwałtowny w charakterze: hektolitry przelewanej benzyny i adrenaliny. Auto na kretyńsko wielkich kołach, z równie kretyńsko cienkimi, niemal wyczynowymi oponami. W sam raz dla miłośników szybkiego "pit-stopu" na środku Modlińskiej w listopadowym szczycie popołudniowym. Nadaje nowy wymiar pojęciu „nierówności nawierzchni”. Po zmianie kół na normalne 17 (parz "22 cale") traci 90% uroku, reszta parametrów bez zmian. Kiedyś uratował nam z Natalią i Kajtkiem życie, ale to na inną opowieść.

  34. auto
  35. Espace – samochód Renault dla na prawdę dużej rodziny. Brzydki. Dziwny. Nieprestiżowy… Ale przynajmniej trudno pomylić na parkingu, chyba że z wiatą na koszyki sklepowe. W środku nie ma normalnych zegarów, za to są wyświetlacze pamiętające ruskie zegarki z melodyjkami i straszne, poskrzypujące zależnie od temperatury plastiki, pochodzące z recyklingu butelek po Cif.

    Tutaj Panie, jeśli wciąż z nami są, ziewając opuszczają stronę i ja to rozumiem, to faktycznie nie jest to co Kaczka w kolorze pink, sorry (patrz "Ford K, Corsa"), ani nawet GLE.

    Odporni na nienachalną urodę odkryją jednak w Espace kawał praktycznego, wygodnego i olbrzymiego (serio) wewnątrz auta, o ile ktoś nie boi się Francuzów, a przecież wszyscy boją się Francuzów, prawda? Popatrzcie sami na Prezydenta Emmanuela Macrona – przerażenie! 😊. Unikatowy zestaw prestiżu i urody podbija polski rynek wtórny samochodów, głównie od dolnej strony cenników. Na osłodę dla etylinopozytywnych: w topowej wersji przeszczep z nissana, stary, dobry, żeliwny, 3,5 litrowy V6 (patrz "CHARGER V8") benzynowy i do tego z hydraulicznym automatem. Pełen oldschool i dzięki temu działa. 7 000 obrotów do odcięcia, 240 koni (patrz "500 koni/kucy") i wydech ze stali kwasowej, zestaw, który zmazał niejeden uśmiech samozadowolenia z twarzy szybkiego i wściekłego z chorymi nerkami (patrz "E46", "nerki"). Wiem co mówię! 😉 To wszystko w siedmioosobowym autobusie, o dopuszczalnej masie całkowitej 2800 kg. Wasze Yarisy tego nie potrafią 😉.

  36. 350Z – dawca silnika Espace, sportowy Nissan jeszcze z czasów japońskich. Żeby miał przewagę było turbo (patrz "turbo") i grubo ponad 300 koni (patrz "500 koni/kucy"). W drodze do Francji turbo odpadło i Espace ma „tylko” 240 (patrz "Espace").

  37. auto
  38. Modlin – generalnie miejscowość w okolicy Nowego Dworu Mazowieckiego. Również lotnisko, głównie dla podróżnych sprzed brexitu/covidu, aktualnie pustawe czemuś. I właśnie przy tym lotnisku jest tor wyścigowy, krótki, kręty, techniczny i dostępny dla każdego chętnego. Serio, w sam raz, żeby polatać jakimś Espace, czy Sharanem w TDI. 😉

  39. TDI …. No dobra, mogę tak w nieskończoność 😊, powinno wystarczyć.


Bardzo dziękuję, Żonie za gościnę, a Paniom za wyrozumiałość i uwagę.

               time 738 time 6 min.

Downsizing i elektromobilność. Gościnnie na Dzień Ojca.

pic

Każdy, kto dotknął chociaż trochę motorsportu wie, że rozmiar ma znaczenie. Kolosalne znaczenie w każdym aspekcie i to jest temat na długi artykuł. O zaciskach, tarczach hamulcowych, drążkach stabilizatora, średnicach obręczy, rozstawie kół itd. Kłopot w tym, że blog mojej Małżonki dedykowany jest niejako z definicji płci pięknej, i to jak się wydaje w ściśle misgenderowym rozumieniu. Jest więc ryzyko niezrozumienia, sam tytuł pewnie obciął 75% audytorium, dalej może być tylko gorzej - z góry przepraszam za swój występ gościnny.

Jest jednak nikła szansa przebrnąć wspólnie przez temat, ważny i aktualny! Wprawdzie jestem dziadersem i do tego piszę jako ojciec w jak najbardziej patriarchalnym sensie tego słowa, ale to włąśnie dzięki swojej upośledzonej i wstecznej wrażliwości śmiem twierdzić, że problematyka rozmiaru nierozerwalnie łączy Panie, nawet te bardzo wkurzone, z Panami choćby tymi lekko niebinarnymi. Może czasem ze zwrotem różnie, ale wektor zainteresowania jest ten sam, nawet na płaszczyźnie motoryzacji. I różnice w stężeniu etyliny we krwi nie mają tu nic do rzeczy. Etyliny podkreślam – nie etanolu broń Panie Boże!, to są dwa różne systemy walutowe. Jak dowodzą najnowsze badania specjalistów od ruchu drogowego prędkość zabija i dlatego nie należy używać obu tych substancji jednocześnie. Nawet w jednym marnym wpisie blogowym a co dopiero w poważnej dyskusji, na przykład o motorsporcie! Wiadomo, może zdarzyć się jazda po bandzie, jak najbardziej, byle nie w stanie wskazującym na jednoczesne użycie etanolu procentowego i etyliny bezołowiowej! Ta ostatnia jest bowiem niezwykle zdradliwą, nie dość, że od jakiegoś półwiecza się kończy, to jednocześnie bez przerwy powiększa ROZMIAR, czy wręcz bezmiar zanieczyszczenia planety i w ten sposób dochodzimy do sedna problemu.
ROZMIAR stanowi przedmiot najgorętszej dyskusji czasów współczesnych, to wyzwalacz niepohamowanych namiętności i obiekt zaciekłych ataków. Drażni widokiem wielkiego grilla w lusterku wstecznym naszego zbyt małego samochodu, poraża odbiciem przerośniętego ego w lustrach zbyt ciasnych łazienek. Pastwimy się nad nim na bieżniach orbitreków, by za chwilę dowartościować zastrzykami, implantami albo suplementami diety na masę mięśniową, na przyrost ogólny albo szczególny, po 22.00. ROZMIAR rozpala nas w garażu i ekscytuje w sypialni choć to tylko centymetry, ale za to, nie byle jakie, sześcienne! Zagłębieni po uszy w ambiwalencji jednocześnie pragniemy, pożądamy ROZMIARU!... (Panie, Panowie proszę się nie krygować) i nienawidzimy go za irytującą skłonność do niekontrolowanej zmiany w kierunku przeciwnym do oczekiwanego.
Ileż męskich dramatów kryje się za pytaniem: „czemu ja nie mogę mieć takiego dużego… CHARGERA, 6 litrów w benzynie V8?! Prawie trzydzieści lat harówki, jeszcze na studiach zacząłem i co? Downsizing. Jakaś Octavia 1.2 TSI normalnie i to w gazie!? Manual, szmata, korba. Rama i pedały, niby jest turbo, z dołu cośtam jedzie jak klimy nie włączać. No i na gazie dotrysk benzyny, bo wiesz, bezpośredni jest i by zatarło zawory… 😊.
Dotrysk..., żeby nie zatarło zaworów ... no sami powiedzcie, jak to brzmi 😊… ?
Zupełnie nie ten ROZMIAR co kiedyś, w dziewięćdziesiątym ósmym, jak się zaczynało latać. Była Calibra, albo co najmniej Vectra B czy Espero! DWA TYSIĄCE CENTYMETRÓW SZEŚCIENNYCH pojemności w benzynie, ludzie!!! jak to szło!!! No i był wtrysk a nie dotrysk, aż się wtryskiwacze grzały normalnie. Wielopunktowy, żadnych zatarć! 😊... Ech, stare dzieje… No a poza tym ROZMIAR był OK, serio. Przecież, w takim Borewiczu 1.5 przejściówka można było się normalnie ganiać! W osiemdziesiątym czwartym, pamiętam jak dziś, przestrzenie, komfort, Mamo!, jak na Batorym. I równie dynamiczny, zwrotny, wiadomo, transatlantyk...
Za to teraz downsizing i ROZMIAR już zupełnie nie ten, jakby się wzorzec metra skurczył. Między kierownicą a oparciem fotela coraz mniej miejsca. Ponad 5 metrów długości, 2.5 tony masy na 22 calach, 500 koni, cztery turbiny, dwie baterie litowo – jonowe, intercooler, 550 tysięcy netto cennikowo po promocji, a kurde ciasno. No ciasno jak ... Człowiek musi pasek od spodni rozpinać po 2 minutach, dobrze że fotel odjeżdża po otwarciu drzwi, elektromobilnie, bo by się normalnie nie wyczołgał spod fajery. Tylko potem wysiadasz z takimi rozpiętymi gaciami i dopiero się zaczyna. Do not try it at home. 😊 Downsizing. Masakra…
Żeby ne było, Panie też mają swoje ciche dramaty, nie omijają ich żadne traumy i tutaj to jest jeszcze bardziej złożone, prawdziwy dysonans poznawczy!. No bo zobaczcie, idziesz sobie ulicą jak gdyby nigdy nic, wózek z przodu, drugie wisi na ręce i białe SUV-y premium zaparkowane na przejściu dla pieszych zupełnie Ci nie w głowie. A tu nagle scenka rodzajowa: wysiada taka zza kierownicy jakiejś downsizingowej Bentyagi, Cayenna czy innego Lexa ("takie duże białe na złotych kołach Misiu"). Już ustaliliśmy, że miejsca tam w środku niewiele, a ona wszystko ma w rozmiarze co najmniej D-E, usta jak pływaki RIB-a, pazury drapią asfalt – wiadomo stop smog go hybrid 😉 - rzęsy zamiatają to co zdrapane. Skrada się toto na tych szpilach 15 cm żeby do chodnika w ogóle dosięgnąć z fotela, ("metr pięćdziesiąt w czapce, a schodów w opcji nie było, hehe"). I jej jakoś w tą chudą d… nie jest tam ciasno w tym Bentleyu. "Ja bym się na jej miejscu misu z tymi krzywymi kulasami normalnie w dzień na mieście nie pokazywała a ona zadowolona, że świata nie widzi! Cud!? "...
Nieeee, już tłumaczę, dziewczyny, serio, sam widziałem, tam w bagażniku nie ma zapasu, po prostu jest pompka, elektryczna. To jest elektromobilność po polsku, tylko z prawdziwym sukcesem: zdecydowanie ponad 300 tysięcy netto i to już w 2021! Z taką pompką można wszystko: tu się podpompuje, tu odessie trochę ciśnienia, tam strzyknie i od razu w życiu wygodnie, przestronnie, premium. Ogólnie rozmiar 34, miejscowo w kontrolowanych porywach do 42, wyłącznie przelotne opady, na głowie wiatr słaby i umiarkowany, po ostatnim treningu na Bugu we Włodawie ubyło 10, akurat - w sam raz do downsizingowego, białego Mercedesa GLE, który dba o planetę jak mało co! To jak ma nie być zadowolona?
-Słucham?? ... Nie Kochanie, nie zaglądałem żadnej Pani do bagażnika ... Jak to skąd? Normalnie w gazecie przeczytałem, no tej o samochodach ... Tak, zaraz jadę po dzieci ... Ma się tę odwagę cywilną, co?😊
Kiedyś było inaczej, wystarczał Ford K w kolorze pudrowego różu i z rzęsami z celofanu na lampkach + trochę za krótka sukienka i do przodu, o elektromobilności nikt nie słyszał. Ale przyszły zmiany klimatyczne i trzeba się dostosować. Przede wszystkim: jasne kolory - powiększają optycznie, i tu jest problem podstawowy, dlatego nasza octavia 1.2 TSI jest szafirowo-niebieska, zupełnie inny level niż ten biały atak klonów, ok? 2500 netto dopłaty do lakieru było i to nie są żadne żele, czy hybryda jak w tych Lexusach, tylko prawdziwy perłowy metalik! Do tego bagażnik jak hangar, zmieści wszystkie Vuittony, wózek, 16 par butów na zmianę, dmuchane krokodyle, paczkę pieluch. Tapicerka w gustownym i rzadko spotykanym grafitowym kolorze, faktura drelichu, wzór "Układ Warszawski" bo "zawsze mnie trochę kręciły sowieckie mundury", w każdym razie żadna tam efekciarska tandeta z przeszywanym nubukiem, jak w tym badziewnym Stelvio, umówmy się. Na elektromobilność zwyczajnie nie ma już miejsca... Z resztą, te pompki to dziadostwo jest, co pół roku trzeba pompować...
Czujecie heroizm? Każdego dnia trzeba się zmagać z wymogami downsizingu, trzeba liczyć kalorie z podniesionym czołem, czasy błękitnych Cors 1.0 minęły bezpowrotnie, bo progi emisyjne coraz bardziej wyśrubowane. Nawet po niewinnym pudełku rafaello ślad węglowy rośnie nieubłaganie. I my to wspólnie w naszej Oktavii 1.2 TSI przejdziemy. Nawet jeśli trzeba coś dotryskiwać.
Powiedzcie teraz, że kwestia ROZMIARU nie łączy płci!
Jednak mężczyźni mają w sobie zawsze coś z Don Quijote'a, więc jest zryw i próbujemy też inaczej, idziemy w kontrę. 3.5 litra V6 240 kucy, żadnego „dotrysku”, może być? JEST ROZMIAR. Jak 350Z, tylko bez turbo 😊, damy radę, planeta też, a przynajmniej ślad węglowy się bez problemu zmieści – 1,2 metra sześciennego bagażnika do dachu, bez składania foteli drugiego rzędu, to jest argument ciężkiego kalibru! 2,5 Octavii w cenie „pakietu climate” do wersji „classic” anno domini 2004.
„Kochanie, tak, rodzinny samochód jest potrzebny, ekonomiczny, trudno - rozumiem, ale nam się coś od życia też należy, przynajmniej 150 koni tak? Wiem, w budzie od autobusu, nienachalnie ładne to, trochę będzie palić, ale bez przesady, no i uwierz mi, nie jednej E46 zetrze uśmiech z nerek, już moja w tym głowa i noga. Poza tym przestań, jaki sound! Prawie jak w tym ST220 na dziewiętnastkach z czerwonymi recaro co ją mieliśmy… czekaj… to było jakoś w ... 2009, pamiętasz? ... Co to jest recaro !? Dobra, nie ważne... No wiem, dzisiaj by był trochę za mały, dlatego właśnie wchodzimy w Espace ...”
"Ale na Modlinie to sobie tym chyba za bardzo nie pojeździsz, co?"
No i wylądował...Faktycznie, nie na Modlinie

Wszystko to oczywiście wina dzieci, całe spiętrzenie traum i rozterek, mówię to z pełną odpowiedzialnością, jako mąż, niejednokrotnie ojciec, i do tego w dniu swojego święta! Kiedy słyszysz od trzyletniej córki: „tatusiu jak już urosnę będę taaaaaaaka duza jak ty!” najpierw opanowujesz z kamienną twarzą atak nagłej depresji. Wciągasz brzuch, na twarz uśmiech i niby jest ok, ale co masz dziecku powiedzieć? Że wolałbyś raczej jednak nie…!? Że tatuś jakoś tak z tym downsizingiem sobie troszkę histeryzował, mimo wszystko 25 kilo temu był fajniejszy trochę 😊, że ogólnie 1.2 jest w sumie ok, góra 1.6, etylina droga, etanol też nie tani, i warto spuścić z tonu bo nadciśnienie i cukier prawda...
Nie, zamiast tego patrzysz tylko bezradnie w te wielkie, niewinnie bezkrytyczne, zachwycone, brązowe oczy dopóki jeszcze się da. Bo ta promocja mija bardzo szybko i jakoś jej nie powtarzają potem, przez krótkie mgnienie nie jesteś już tylko ojcem, jesteś całym światem ... To jest prawdziwy Dzień Ojca 😊.
To może córeczko zostań jednak malutka jak teraz, tak długo jak się da i nie wyrośnij mi proszę z tego zachwytu tak szybko jak chłopaki. Downsizing, błagam, bo ROZMIAR ma znaczenie, nie tylko w motorsporcie.

               time 406 time 4 min.

Przemoc domowa

pic

Każde z moich dzieci jest inne. Najstarszy syn to stworzenie o wielkim sercu i wrażliwości. Długo unikał bójek i przepychanek, żył sobie w wyimaginowanym świecie idei bez przemocy i agresji.

Musieliśmy nad nim pracować, by zaczął reagować na zaczepki, nie mówiąc już o samoobronie: „Wychowawczyni prosiła by tego nie robić, nie można samemu wymierzać sprawiedliwości” padał za każdym razem pryncypialny argument. Z takim podejściem w obliczu konfliktów dziecko stawało pod ścianą. Kiedy działa mu się krzywda nie mógł zwrócić się do nauczyciela o pomoc, ponieważ nie wolno było skarżyć (nie honor) i jednocześnie nie mógł sam się bronić, ponieważ „nie można wymierzać samemu sprawiedliwości”. Długo nie potrafiliśmy wytłumaczyć, że z jednej strony „pani” ma rację, z drugiej zaś każdy ma prawo do samoobrony także werbalnej. Z pomocą przyszedł ówczesny trener karate, któremu zwierzyłam się z kajtkowego problemu. Chłopisko stanęło nade mną z groźną miną i wykrzyczało: „zawsze mówiłem, że baby nie powinny mieszać się do wojny”, następnie jedną rozmową z głównym zainteresowanym ogarnęło temat. Nie wiem co sensei powiedział, nie wiem co zrobił, ale zadziałało. Kajtek z pokornego cielaka przedzierzgnął się w chłopca, który potrafi zawalczyć o swoje. Nadal jednak gen agresji jest mu obcy, pozostawił to młodszemu rodzeństwu, sam cyzeluje do perfekcji szeptaną złośliwość.
Zaraz po nim nastała era Aleksandra. Imię chyba zobowiązuje - Oluś to rodzinny fighter, choć nie od razu się ujawnił. Przez moment zastanawiałam się nawet, jak to z nim będzie, bo gdy przychodziłam po Młodego do przedszkola inni chłopcy bawili się w policjantów i złodziei, on natomiast spacerował po placu zabaw trzymając za rączkę ulubionego przyjaciela. Bawili się też razem z dziewczynkami w rodzinę: oni dwaj byli "dzidziami" i z powodu tych „dzidzi”, prędzej niż nasze
sprytne niewiniątka, za kudły brały się dziewczynki. Niemniej Młody zawsze był wybuchowy (temperament niestety po mamusi) i czułam przez skórę, że etap „dzidzi” nie będzie trwał wiecznie - zgodnie z przewidywaniem aktualnie sytuacja nieco się zmieniła. Olo jest ciągle malutki i drobniutki, ale pięściami macha jak zawodowy bokser (tak szybko, nie tak skutecznie 😉). Uwielbia wchodzić w konfrontacje, by nie napisać, że wręcz z lubością je prowokuje. Gdy jego kolega skonfliktował się z pewnym chłopcem i Młody dostał ciche pozwolenie, by w razie czego pomagać w rękoczynach, był bardzo zadowolony. Odtąd codziennie wracał z przedszkola szczęśliwy jak świnka, racząc mnie promiennym, dziecięcym, szczerbatym uśmiechem i triumfalną relacją: „mamusiu dzisiaj się dusiliśmy, mamusiu, ale dzisiaj się fajnie szarpaliśmy, mamusiu, ale dzisiaj dostał kopniaka”.
Jednak pewnego dnia do domu wróciło bardzo smutne dziecko. Okazało się, że „oprawca” ulubionego kolegi nie przyszedł na zajęcia. Kiedy w kolejnych dniach sytuacja powtórzyła się Olek w końcu nie wytrzymał i poprosił mnie:„mamo, zadzwoń do jego mamy i zapytaj kiedy X będzie znowu w szkole”. Wzruszona i pełna nadziei, że pewien etap mamy w końcu za sobą, a chłopcy wreszcie zaprzyjaźnili się zapytałam nieroztropnie: „Co, Malutki, stęskniłeś się...?😊”, „Nie mamo, to nie to. Po prostu nie mam z kim się bić”. Dzisiaj przypomniały mi się te wszystkie sytuacje, ponieważ Oluś ewidentnie wkurzony przyszedł i lojalnie uprzedził: „mamo, ale Ula mnie wkurza, wkurza tak bardzo, że mam ochotę jej przywalić!!!”. Nie ma wątpliwości, że nie są to czcze pogróżki.
Następna w kolejce po Olku jest moja księżniczka Coccolina. Niestety ukochane róże, falbanki i warkoczyki dają tylko złudne wrażenie wrażliwości i bezbronności. Ula jak rasowy dzikus nigdy nie bierze jeńców. Kiedy coś jej się nie spodoba, a nie podoba się jej często (ktoś zabrał jej zabawkę, ba!… ktoś spojrzał na jej zabawkę, ktoś coś źle powiedział, albo powiedział nie odpowiednim tonem itd.), zapowiedzią nieuchronnego ataku jest krzyk i pisk o częstotliwości powodującej, że moje serce na chwilę przestaje bić. Po takim wstępie Coccolina przechodzi do czynów, w wyniku czego mam swoich chłopców podrapanych tak, jakby stoczyli pojedynek ze stadem kotów i pogryzionych jakby jeszcze na dokładkę dopadła ich wataha psów.
Kajtek z racji naturalnych przewag ma swój sposób radzenia sobie z wybuchową panienką. Ze świadomością siły i rozmiarów nie podnosi ręki na Małą, po prostu bierze ją za fraki korzystając z zasięgu ramion i wynosi z pokoju nie zważając na księżniczkowe, często mało eleganckie złorzeczenia. Oluś jest nie wiele wyższy i nieznacznie tylko cięższy od Uli, ale temperamentu, jako się wyżej rzekło, mu nie brakuje. Często więc zanim zdążę dobiec, Coccolina napędzana siłą kopniaków leci przez cały dom, by chwilę później zaliczyć twarde lądowanie na twarz lub pupę. Po takiej zniewadze nasza Księżniczka wpada w czarną rozpacz. Z jednej strony wie, że trochę zasłużyła, z drugiej zaś nie może pogodzić się z brutalnymi konsekwencjami i skalą doznanej zniewagi. Przychodzi wtedy do mnie cała zapłakana i łkając komunikuje: „mamo, nie wiem jak się ogarnąć i uspokoić”. Czekolada zawsze pomaga.
Ta bezradna spowiedź, brzmi całkiem patologicznie. Jakby się temu przyjrzeć niełaskawym okiem - jesteśmy świetnymi kandydatami do niebieskiej karty. Z tej przyczyny serdecznie pozdrawiając aktywistów i wzmożonych moralnie działaczy społecznych, na wszelki wypadek zaznaczam, że odbyliśmy wiele rozmów z dziećmi wyjaśniając i napominając, że nie tak to powinno wyglądać. Za każdym razem uściskom, przytulasom i przeprosinom nie ma końca … Przecież rodzice tak się nie zachowują, prawda 😉!? To skąd te wzorce!?
I w zasadzie to działa. Aż do następnego zgrzytu 😊.

               time 442 time 3 min.

Nowe szaty Cesarza... tfu! Królowej

pic

Mieszkając kilka lat w Warszawie z niegasnącym z rozbawieniem przyglądałam się ciągłemu stadnemu pędowi za trendami mody. Ponieważ przez jakiś czas pracowałam w śródmieściu stolicy, zawsze, gdy tylko wysiadłam z samochodu miałam wrażenie, że jestem bohaterką Gwiezdnych Wojen. Atak klonów.

W owym czasie panował szał na takie śmieszne koczki na czubku głowy i szarawary Sindbada z krokiem na wysokości kolan itd., itp. Nie ważne było, że dziewczyna ma metr wzrostu i wygląda jakby nóg nie miała, albo same kostki, przy tym za żadne skarby nie powinna odsłaniać całej twarzy - nie zważając na jakiekolwiek przeciwwskazania paradowała w sterczącym w trendowej erekcji koczka. Przepraszam, nie paradowała, ale paradowały, klony, zastępy klonów, tłumnie i dumnie wystylizowane na beznogich samurajów. Ubrana w zwykłe jeansy i T-shirt czułam się jak trendsetterka - outsiderka, byłam jedna, jedyna, wyjątkowa na całej ulicy. Wyróżniałam się.
W końcu przeprowadziliśmy się na wieś, w zgoła odmienne okoliczności modowe. Pewnego dnia oniemiałam z zachwytu dostrzegając przez okno sąsiadkę, która wyszła na spacer z psem… w męskim szlafroku, by dodać pikanterii to najprawdopodobniej frotte (a jakże!), z fajką w ustach, z fryzurą typu… brak fryzury i w jakiś futrzastych ciapach, na które pewnie polowały wszystkie koty w okolicy. Widok cudny i napawający mnie optymizmem. Wkrótce potem skumplowałam się z inną sąsiadką, która wpadała na kawę w łaciatej piżamie ewidentnie stylem i futerkiem nawiązującej do mućki stołującej się na łąkach. Wreszcie mogłam odetchnąć i ze szczęścia wykrzyczeć mężowi: Misiuuuuu to jest właśnie moje miejsce na ziemi. Po tym odkryciu szybciutko zrobiłam porządki w garderobie i podzieliłam dresy na: te na spacer z psem, te po domu, te na zakupy i po dziecko w przedszkolu. Resztę ciuchów w ramach odreagowania po "warszawce" upchnęłam na dolnych, trudno dostępnych półkach. Sielanka dresowa trwała dość długo, tym bardziej, że wyprowadzaliśmy się z miasta, gdy byłam w dość zaawansowanej ciąży.
W końcu jednak przyszedł czas refleksji. Jeździł wówczas po wsi pewien listonosz, starszy Pan, którego darzyłam niezwykłą sympatią. Pan miał wyjątkowy dar przyjeżdżania w najmniej odpowiednim momencie, przez co widywał mnie nierzadko w różnych wyszukanych kreacjach, fryzurach, a przy tym nigdy, przenigdy nie widziałam w jego oczach rozbawienia, kpiny ani litości. W ramach zwykłej ludowej rozrywki typowej polskiej wieśniaczki, jaką nieodmiennie się czuję, bardzo szybko całą sytuację z listonoszem potraktowałam jako wyzwanie. Oczekując poleconego stroiłam się zatem w coraz to bardziej dziwaczne ciuchy z nadzieją na jakąkolwiek jego reakcję, uśmiech, grymas czy cuś. Nic, profesjonalna obojętność. Z pomocą nie przyszedł nawet polarowy pajacyk - kombinezon w reniferki, postanowiłam więc wytoczyć najgrubszą artylerię. Wbiłam się w pluszowy, różowy strój jednorożca. Wyglądałam świetnie. Miałam róg na kapturze i ogon, no i brzuch mieszczący Olka, który lada moment miał się urodzić (Olek, nie brzuch 😊). Dzwonek domofonu, biegnę w euforii pt. „mamy to” iiiii….. nic…zero reakcji, zero uśmiechu. Nic…
Do tej pory nie wiem czy Starszy Pan już z góry skazał mnie na modową zagładę, czy w innych domach widywał podobne obrazki. Tak czy inaczej rozczarowanie było straszne, listonosz zabił mój głód rozrywki, radość życia, ciekawość ludzi… Nigdy już się z tego nie podniosłam😊
Po siedmiu latach odreagowałam Stolicę na tyle, że oprócz standardowych dresów oraz tych na specjalną okazję, pojawiają się w końcu nieśmiało inne elementy garderoby. Wśród miejscowych koleżanek mam znów kilka samurajek z Bagdadu, calineczki z bufkami, falbankami i pantofelkami królewny, koleżanki z kontraktem reklamowym na metki itd…, ale i tak największą sympatią modową obdarzam niezmiennie moje ukochane dresiary. Ślubny na szczęście ze spokojem, a nawet skrywaną sympatią patrzy na te moje dresowe szaleństwa i abnegacki stosunek do wszelkich dress (nomen omen)codes. Niemniej pisząc ten tekst uświadomiłam sobie, że w ten sposób wyhodowałam nowego „profesjonalnego listonosza” na własnej piersi (jakkolwiek by to źle nie zabrzmiało). Nie jestem w stanie chyba niczym zdziwić, czy zaskoczyć mojego męża.
Udało się to tylko raz i to przez przypadek😊. W 36 tygodniu ciąży - tak jak podpowiadały wszelakie poradniki - spakowałam szpitalną walizkę. Pech chciał, że tuż obok niej rzuciłam nierozpakowaną torbę Kajetana z balu przebierańców. Nadszedł moment, kiedy ślubny postanowił zainteresować się rzeczami, które trzeba zabrać do szpitala:
„Gdzie są Twoje rzeczy? No tam w kącie, przy drzwiach do łazienki. A, ok!...Matko!!! Po cholerę Ci strój krokodyla!?😊

               time 626 time 4 min.

Kinematografia skatologiczna

pic

Myślę, że każdy rodzic może pochwalić się historyjkami z serii tych obrzydliwych scenariuszy, nie dla wrażliwców i słabeuszy. „Każdy ma mambę” więc jako mama trójki dzieci „mam i ja” 😊.

Początek będzie jak u Hitchcocka, z grubej rury. Siedząc ze ślubnym w kuchni kątem oka widzimy, jak jedna z naszych latorośli wbiega do domu i galopem udaje się do łazienki. Po chwili wahania niepewnym głosem zwracam się do męża z prośbą by skontrolował sytuację, ponieważ w łazience stanowczo już za długo było niepokojąco cicho. Kontrola nie trwała nawet sekundy, Mężu wraca cosik w kolorze powiędniętego szpinaku i drżącym głosem wysapuje: "Natalia przepraszam Cię, ale ja nie dam rady..." Sprawa ewidentnie jest poważna, bo facet odporny, z niejednej pieluchy sprzątał. Niespodziewana rejterada zwiadu kryła w sobie obietnicę upojnych chwil i nakazywała przygotować się na najgorsze więc pełna niepokoju postanowiłam ruszyć z odsieczą.
Nie rozumiem, dlaczego w horrorach koniecznie trzeba się zabijać i mordować, a po ścianach obowiązkowo mają spływać potoki krwi. Sceny z dziećmi i kupą w roli głównej nie jednego zupełnie spokojnie przeraziłyby bardziej niż jakieś tam banalne, rzeźnickie morderstwo. Przy okazji takie historyjki mogłyby służyć w kampanii społecznej: „Durex przypomina: Obywatelu, zabezpieczaj się albo wpadniesz w kupę po pachy”, czy jakoś tak 😊. Więc wpadam z duszą na ramieniu do łazienki i widzę, że nie widzę mojej łazienki. Nic nie widzę… Spokojnie mogłaby to być scenografia do jakiegoś horroru.
Sekwencja zdarzeń była następujące: maleństwo tak dobrze bawiło się na dworze, że z deczka za późno uświadomiło sobie swoje potrzeby fizjologiczne. By ratować sytuację młody człowiek udał się świńskim truchtem w kierunku muszli klozetowej jednak nie zdążył z tym z czym biegł. Czując powagę sytuacji dziecię wpadło na najgorszy z możliwych pomysłów… zamiast zostawić swoje wyrobiny tam, gdzie … spadły, postanowiło po sobie posprzątać, choć to też jeszcze nie było najgorsze. Otóż najstraszniejsze było, że porządkowanie dokonało się z użyciem zmiotki….
Wyobraźcie sobie efekt. Stop! Lepiej nie. Wszystko… wszędzie… Teksańska masakra piłą mechaniczną przy tym, to Miś Kolargol….
Inna kupna historia była nie mniej efektowna, ale scenariusz raczej obyczajowy. Jedno z dzieci akurat na etapie nauki korzystania z nocnika. Po kilku dniach bezproduktywnej walki postanowiłam wymienić nocnik na taki z melodyjką, wmawiając młodzieży, że jak odpali produkcję to nocniczek ucieszy się i będzie śpiewał piosenki. Zanim zdążyłam wrócić do sypialni usłyszałam wiwatujące dziecko na tle radosnej nocnikowej piosenki (na pierwsze dźwięki tej melodii do dzisiaj wpadam w popłoch). Posprzątałam, pogratulowałam i niestety przeoczyłam, że milusińskie nie do końca ogarnęło temat kierunków i stron nocnika, dzięki czemu siadało przodem do tyłu. Podczas gdy w ciągu kolejnych 20 minut sytuacja powtarzała się kilka razy, ja z uśpioną czujnością zalegałam na zasłużonym odpoczynku. Zanim jednak zdążyłam złapać oddech usłyszałam krzyk męża, który właśnie wrócił z pracy i szanując zasady dystansu społecznego (prorok?) w pierwszych krokach udał się do łazienki umyć ręce. Co się okazało? Nasze dzieciątko upojone sukcesem i skoczną melodyjką opróżniło już cały pęcherz wytężając się jak tylko mogło i ryzykując odwodnieniem organizmu byle tylko przedłużyć karaoke z nocnikiem. Efekty wysiłków w postaci twardszych argumentów pojawiły się niejako naturalnie i niemal natychmiast. Sęk w tym, że potworek czynił to siedząc - jak już nadmieniłam - przodem do tyłu nocnika, dzięki której to sztuce wspomniane efekty lokowały się w zasadniczej mierze poza naczyniem. A że młode porządne chwilowo było (taki etap rozwojowy) to postanowiło posprzątać po sobie.
Horror i Izaura w jednym: Ślubny wraca po ciężkim dniu z pracy i zastaje przysypiającą żonę oraz latorośl przenoszącą rączkami z upaskudzonej podłogi nadprogramową produkcję do nocnika. W tle wenezuelska, gorąca noc… Wróć 😊! Nawet nie próbowałam się tłumaczyć...
Ostatnia sytuacja z kupną bohaterką ma rys śledczy. Idąc do ogrodu zauważam dziwne ślady na tarasie i strzelam nieświadomie żarcik: „albo błoto, albo kupa”, na co młode beznamiętnym głosem rzuca "mamo, to kupa".
"A skąd kupa na tarasie??? Bo w nią wlazłem? I co zrobiłeś synku? Pobiegłem umyć stopy."
Sytuacja JEST poważna. Tomek blednie mrucząc, że miał nadzieję, że te ślady w łazience i w domu to błoto... . "Młody, a gdzie umyłeś nogi? W umywalce. A jak? Wytarłem rączką. A umyłeś rączkę? Tak, ale później, bo jak byłem na trampolinie to się zorientowałem, że rączki pachną kupą…".
Normalnie CSI, kryminalne zagadki środkowego Mazowsza….
Doświadczenia skatologiczne są najwyraźniej u (moich) dzieci jednym z elementów rozwoju. Ostatnio znalazłam we wspomnieniach na FB płaczliwy wpis z cyklu: „Ja chcę małą, śliczną, subtelną dziewczynkę w różach.” Przyczyną rozpaczy była poranna rozmowa z moim synkiem: " Mamo, prawda, że czarny i brązowy są bardzo ładnymi kolorami? Prawda syneczku. A co ma taki kolor, że tak Ci się spodobało??? KUPA"

Teraz jednak jest już bardziej elegancko i naukowo, techniki opanowane, kierunki świata też. No i absolutnie nie używa się słowa „kupa” ponieważ młodzież uważa je za brzydkie i wulgarne. W zamian za to dzielny zastęp przemądrzałych potworów chodzi „zrobić kał…”. 😦

Powiedzcie, że nie macie takich historii, co? I tak nie uwierzę 😊. No chyba, że nie macie dzieci. W takim razie przyznajcie się, jest schadenfreude 😊 nieprawdaż?

               time 387 time 3 min.

Dieta - cud

pic

O moim odchudzaniu, a raczej jego braku można by napisać całkiem grubą książkę. Nie byłaby to lektura pełna nagłych zwrotów akcji, bardziej nudne, niezaskakujące tomiszcze.

Pamiętacie film "Dzień Świstaka", wiecznie powtarzający się i zapętlający motyw? Regularnie co dwanaście miesięcy zaczyna się akcja pt. "Nowy Rok - Nowa Ja". Plan super, wykon jak zawsze. Najpierw sprawa z pierwszym stycznia: kto po Sylwestrze myśli o diecie?! - wiadomo, że tego dnia liczy się tylko przetrwanie. Drugiego stycznia napotykam na trudności z zaopatrzeniem, przecież po przerwie świątecznej trzeba zrobić zakupy, uzupełnić zapasy i przygotować się do zdrowego odżywiania. Trzeci dzień stycznia jest zupełnie bez sensu, lubię mieć wyraźne punkty brzegowe i nie będę zaczynać zmian w środku tygodnia, kto powiedział, że taka na przykład sobota nie może być środkiem tygodnia? Poczekam do poniedziałku. Tymczasem, skoro jeszcze nie jestem na diecie, na której przecież już zaraz będę, to mogę sobie odrobinę poużywać … Dzięki temu od tego myślenia o odchudzaniu zawsze tyję kilka kilogramów, żeby wreszcie w TEN „poniedziałek”, rozpaczliwie wybierać jedną z opcji:
  1. któreś z dzieci jest chore więc nie będę gotować dwóch obiadów, bez sensu,

  2. przecież nie wyrzucę tych wszystkich zakupionych wcześniej pyszności, najpierw je wyjem, później zacznę się odchudzać,

  3. muszę namówić męża by mi towarzyszył w niedoli, w końcu tak jak w opcji „a” nie mam ochoty na przygotowywanie kilku różnych posiłków,

  4. na koniec ostatnie koło ratunkowe, czyli opcja:

  5. zaraz będę miała okres (przy czym pod słowem „zaraz” może kryć się przedział czasowy od 2 do 20 dni, w zależności od potrzeby), mam napięcie i nie mogę narażać rodziny, że będą musieli je przetrwać bez MOJEJ czekolady.

W ciągu kolejnych tygodni, miesięcy (lat… - kąśliwy dopisek męża) pojawiają się rożne nowe powody, problemy czy raczej POMYSŁY na usprawiedliwienie, dlaczego to właśnie nie jest ten dzień. Pani Niedasię, Mistrzyni Pretekstów. Nawet kiedy w końcu stanę na tą wagę (tutaj wskazówka: zawsze rano po prysznicu i porannej toalecie if u know what I mean 😉, oczywiście nago, bo nawet mokre włosy i ręcznik mogą robić cyfrę) i stwierdzę, że już przegięłam, koniec z pretekstami, muszę zacząć dbać o siebie tu i teraz … to zapału starcza mi do jakiejś 17.00. Taka „five o’clock diet”: rano kasujemy słodycze z pola widzenia, jogurcik naturalny lub owsianka, później jakiś koktajl, obiadek też często dietetyczny, a po obiadku? Zaczyna się jazda, powinnam mieć tantiemy od każdego wykonania „Gdy widzę słodycze to kwiczę” Braci Golców. Klasyka uzależnień - buszowanie po szafkach, przeszukiwanie wszystkich skrytek, nienawidzenie siebie, chłopa, dzieci, wszystkich, których da się oskarżyć o niedopilnowanie lub uszczuplenie słodkiego zaopatrzenia.

Na szczęście jedna z moich bliskich sąsiadek nie ma takich głupich pomysłów jak ja i zawsze ma coś słodkiego w domu. Kiedy więc naprawdę już staję pod ścianą alternatywa jest marna - albo wymorduję rodzinę (opcja a), bo ktoś mi wyżarł czekoladę z kokosem, zakupioną w konkretnym sklepie tę jedną, jedyną, starannie schowaną na czarną godzinę, albo złamię się (opcja b) i pójdę do Mojego Sąsiedzkiego Dobrego Ducha na kawę, herbatę, drinusia czy cokolwiek. Biorąc pod uwagę, że do cokolwieka dołączony będzie talerz słodkości, wybór jest oczywisty, kocham swoją rodzinę. Nie bacząc na poczucie poniżenia, wstydu i własnej porażki idę jeść. Yyyy… to znaczy pić, pić oczywiście! Bo to jedzenie przecież mimochodem, przy okazji.

W sumie jednak konsekwentna dieta „five o’clock” nie jest taka zła, oszczędzam się przynajmniej do popołudnia. Dzięki temu są szanse, że mimo wszystko przez cały dzień zjem mniej kalorii niż gdybym od rana sobie folgowała. Dużo gorsza jest na przykład dieta od poniedziałku do soboty – sześć dni wyrzeczeń, a w niedzielę nagroda i jesz, ile chcesz. To nie działa, bo mimo wszystko magiczna, przeklęta 17.00 nie znika, a jak w weekend zacznę sobie używać, to moja niedziela kończy się gdzieś około 24.00 w sobotę. Za tydzień.

Wszystko to brzmi żałośnie, wychodzę jednak z założenia, że uświadomienie sobie problemu też jest postępem. Najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku, czasem od tysiąca pierwszych kroków 😉, dlatego też moje czujne koleżanki, moje Anioły Stróże Kalorii, nie musicie wiedzione entuzjastyczną troską przysyłać mi screenów z mojego FB. Ja dobrze wiem, że potrafię w jednym momencie komentować posty jakiejś znanej dietetyczki, wygrzebywać receptury-cud na zdrowe i małokaloryczne przepisy, i chwilę później bombardować fanpage producenta litewskiego parmezanu, żeby w końcu włączył w ofertę wysyłkową te cholerne czekoladki z serem. Proszę się rozsiąść i przyzwyczaić, tak już zostanie 😉. "Internety" dawno przewidziały takie scenariusze – na dowód odsyłam do wiersza autorstwa niejakiej Madamme Motylek:

Oda do słodyczy

Och! Gdzie jesteście moje ulubione:
Kakaowe wafelki
W czekoladzie precelki
Czekoladki karmelowe
Pastylki miętowe
Pierniczki lukrowane
Wedlowskie torciki
Ze śmietaną beziki
Cukierki cytrynowe
Chałwy waniliowe…

Kto was schował przede mną?
Do jakiej czeluści?

Na to głosy:
"A juści! Sama nas schowałaś, bo się
Odchudzać chciałaś"