Dobrostan
Dzisiaj rozmawiając z koleżanką o jednej z nauczycielek mojego syna usłyszałam, że pani jest „zła na życie”. Pomyślałam sobie „kurczę to prawie jak ja”, moi przyjaciele wiedzą, że nie zawsze radzę sobie z emocjami. Na roboczo nazywam ten stan „niedorozwojem emocjonalnym”: kiedy się cieszę to zachowuję się jak dziecko, jak jestem zła to lepiej dla ludzkości bym siedziała w bunkrze (mój chłop twierdzi, że szkoda bunkra).
Im jestem starsza tym więcej wiem o sobie - fakt, nigdy nie byłam łatwa w obsłudze, ale to co się ostatnio ze mną dzieje to już przesada. Do niedawna pierwszym objawem mojego wyjścia z choroby było dokuczanie mężowi i światu (takie ozdrowieńcze „Urbi et Orbi” 😉). Teraz muszę znaleźć inny symptom swoich wyzdrowień, bo mam wrażenie, że nawet na łożu śmierci będę wszystkich dookoła zaczepiać i wkurzać. Prowadzę sobie na przykład taki zeszycik, w którym zapisuję listę potencjalnych ofiar zasłużonej (przecież!) reprymendy, ale jako kobieta obdarzona świadomością siebie wolę nie działać od razu. Lepiej poczekać aż się stęży i będę musiała upuścić sobie trochę jadu „Czasami człowiek musi, inaczej się udusi uuuu” jak śpiewał klasyk. Wtedy to jest dopiero spektakularnie (!), dlatego zazwyczaj lojalnie uprzedzałam wszystkie swoje przyjaciółki o nadchodzącym napięciu i umawiałyśmy się: dam znać kiedy skończy się Sturm und Drang, po co prowokować drakę?
Chyba muszę zawiesić znajomości na czas nieokreślony, ponieważ jestem wkurzona zawsze i wszędzie.
Wszystko to coraz dobitniej dowodzi, że ewidentnie charakter psuje mi się jeszcze bardziej, dlatego postawiłam znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie takiego stanu rzeczy. Rzut oka na pesel i odpowiedź nasuwa się sama: zaczynam przekwitać! baaaardzo wygodne wytłumaczenie mojego nieprzemijającego wkurzenia. Mogłabym mówić, to nie ja jestem zła, nie mój charakter, nie nie nie, to przecież tylko te cholerne hormony. Zrobiłabym sobie badania, wydrukowała wyniki, powiesiła je na ścianie nad łóżkiem i w apogeum wredności z dumą wskazywałabym je mężowi. Brzmi cudownie i do tego jakże perspektywiczne, to jest to czego potrzebuję!
No i zrobiłam badania… Chyba muszę je powtórzyć za jakiś czas. W każdym razie plan runął – załamanie i deprecha, na szczęście w otchłani cierpienia wpadłam na kolejną odkrywczą myśl. Muszę się ze sobą pogodzić, ja już taka jestem. W akceptacji siła, taką musicie mnie kochać. Że delikatnie mówiąc mam nie najłatwiejszy charakter?! Hello, emocji nie wolno tłumić, poczytajcie sobie pudelka, ok? Złość trzeba z siebie wyrzucać, inaczej obróci się przeciwko nam.
Dziewczyny, jak jesteście złe na ludzia, nawet jak ten ludź jest Waszym Ukochanym Mężem, nie ryzykujcie utratą zdrowia, nie tłumcie tego. W imię Waszego kruchego dobrostanu: wygarnijcie im!!!!!!!!