Blog niekoniecznie ukierunkowany... autorka nie ponosi odpowiedzialności za rozczarowania 😜
               time 406 time 1 min.

Szybki Bill

Mój ukochany (he he) Mąż zawsze działał szybciej ode mnie, tak było od samego początku. Kiedy się zaręczyliśmy i ja byłam na etapie obdzwaniania przyjaciółek, koleżanek, znajomych oraz wszystkich krewnych króliczka, on właśnie rezerwował salę weselną. Wysyłałam słitfocie z pierścionkiem na paluchu, a tam ostro szło ustalanie terminów i szczegółów. Pewnie bał się, że mu ucieknie takie cudo 😉.
Po tylu latach niewiele się zmieniło, również wtedy, gdy za namową życzliwych dusz postanowiłam pisać (dziękuję @Ania M. i @Marta N., sławna i bogata będę nadal o Was pamiętać dziewczyny 😉). Mechanizm działa niezmiennie: ja miotana różnymi emocjami z namaszczeniem odpalałam niespiesznie profil ZNP+ na FB, a Mężu siedział po nocach szykując dla mnie niespodziankę w postaci strony blogowej. Jak każdy narcyz wolny od wszelkich wątpliwości co do swoich kompetencji wszystko zrobił sam. Napisał skrypty (co to w ogóle jest!?), ogarnął kwestie wizualne, a nawet (!!!) opublikował moje teksty. Muszę w końcu go posłuchać i zmienić te wszystkie hasła… .
Dziewczyny śmieją się już, dopytując czy ślubny wie, że na tej swojej stronie będzie regularnie obsmarowywany? A no wie 😊, niewiele się dla niego zmieni, poza tym, że teraz będzie miał to na piśmie i wszystko pójdzie w świat. Stwierdził, że da radę.
Będąc świeżo upieczoną posiadaczką bloga zawiesiłam się i…. nie wiem o czym pisać. Wobec tego w ramach podziękowań za „prezent” zakomunikowałam chłopu: jak takiś mądry to sam sobie pisz. Teraz się boję, żeby mnie nie posłuchał!...
Chcąc nie chcąc mam zatem swojego bloga, powiązanego z tym na FB ale po części odmiennego. Będą oczywiście zmiany, sami rozumiecie - to dopiero początek, mam tylko nadzieję, że nie początek końca.

               time 457 time 2 min.

Dobrostan

Dzisiaj rozmawiając z koleżanką o jednej z nauczycielek mojego syna usłyszałam, że pani jest „zła na życie”. Pomyślałam sobie „kurczę to prawie jak ja”, moi przyjaciele wiedzą, że nie zawsze radzę sobie z emocjami. Na roboczo nazywam ten stan „niedorozwojem emocjonalnym”: kiedy się cieszę to zachowuję się jak dziecko, jak jestem zła to lepiej dla ludzkości bym siedziała w bunkrze (mój chłop twierdzi, że szkoda bunkra).
Im jestem starsza tym więcej wiem o sobie - fakt, nigdy nie byłam łatwa w obsłudze, ale to co się ostatnio ze mną dzieje to już przesada. Do niedawna pierwszym objawem mojego wyjścia z choroby było dokuczanie mężowi i światu (takie ozdrowieńcze „Urbi et Orbi” 😉). Teraz muszę znaleźć inny symptom swoich wyzdrowień, bo mam wrażenie, że nawet na łożu śmierci będę wszystkich dookoła zaczepiać i wkurzać. Prowadzę sobie na przykład taki zeszycik, w którym zapisuję listę potencjalnych ofiar zasłużonej (przecież!) reprymendy, ale jako kobieta obdarzona świadomością siebie wolę nie działać od razu. Lepiej poczekać aż się stęży i będę musiała upuścić sobie trochę jadu „Czasami człowiek musi, inaczej się udusi uuuu” jak śpiewał klasyk. Wtedy to jest dopiero spektakularnie (!), dlatego zazwyczaj lojalnie uprzedzałam wszystkie swoje przyjaciółki o nadchodzącym napięciu i umawiałyśmy się: dam znać kiedy skończy się Sturm und Drang, po co prowokować drakę?
Chyba muszę zawiesić znajomości na czas nieokreślony, ponieważ jestem wkurzona zawsze i wszędzie.
Wszystko to coraz dobitniej dowodzi, że ewidentnie charakter psuje mi się jeszcze bardziej, dlatego postawiłam znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie takiego stanu rzeczy. Rzut oka na pesel i odpowiedź nasuwa się sama: zaczynam przekwitać! baaaardzo wygodne wytłumaczenie mojego nieprzemijającego wkurzenia. Mogłabym mówić, to nie ja jestem zła, nie mój charakter, nie nie nie, to przecież tylko te cholerne hormony. Zrobiłabym sobie badania, wydrukowała wyniki, powiesiła je na ścianie nad łóżkiem i w apogeum wredności z dumą wskazywałabym je mężowi. Brzmi cudownie i do tego jakże perspektywiczne, to jest to czego potrzebuję!
No i zrobiłam badania… Chyba muszę je powtórzyć za jakiś czas. W każdym razie plan runął – załamanie i deprecha, na szczęście w otchłani cierpienia wpadłam na kolejną odkrywczą myśl. Muszę się ze sobą pogodzić, ja już taka jestem. W akceptacji siła, taką musicie mnie kochać. Że delikatnie mówiąc mam nie najłatwiejszy charakter?! Hello, emocji nie wolno tłumić, poczytajcie sobie pudelka, ok? Złość trzeba z siebie wyrzucać, inaczej obróci się przeciwko nam.
Dziewczyny, jak jesteście złe na ludzia, nawet jak ten ludź jest Waszym Ukochanym Mężem, nie ryzykujcie utratą zdrowia, nie tłumcie tego. W imię Waszego kruchego dobrostanu: wygarnijcie im!!!!!!!!

               time 456 time 1 min.

Dialogi małżeńskie ...


- Żono moja najdroższa (ok, dośpiewałam sobie, ale miło by było😊) gdzie są mokre chusteczki do twarzy?
- Nie mam pojęcia. Nie mieliśmy żadnych chusteczek do twarzy!!!
Mija chwila i słyszę triumfalne:
- Mówiłem, że są! Tylko dlaczego w lodówce?!!
Głupie pytanie, głupia odpowiedź. Zignoruję je. Jednak jestem pewna, że nie kupowałam żadnych mokrych chusteczek więc biegnę zajrzeć do lodówki.
- Misiuuuu (taki eufemizm od: "stary!!!"), ale to są chusteczki z P...pco do czyszczenia mebli, itd.
- Nie wiem o co Ci chodzi? Jak nie są do twarzy? Przecież tu jest napisane „for all surfaces” znaczy do pyska też, tak?
               time 881 time 2 min.

Filogeneza i radiacja adaptatywna

Gekuś Boa, a raczej gekusia Boa ( w międzyczasie okazało się że to panienka) była już u nas dobre kilka miesięcy. Straciłam czujność i zaczęło mi się głupio wydawać, że wszystko jest pod kontrolą. Rolę karmiciela stopniowo przejmował Kajetan. Jako rasowy dziesięciolatek nie bał się robali . Do operacji o kryptonimie „kolacja” nie potrzebował żadnych dodatkowych akcesoriów . Dni płynęły spokojnie, a wręcz monotonnie. Gekusia, jak każda pani w naszym domu, ładnie przybierała na wadze. Wszyscy cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Aż tu nagle… …Któregoś pięknego dnia mężu radośnie wparował do domu oświadczając, że udało mu się kupić największy przysmak orzęsków czyli świerszcze bananowe. Wcześniej kupowaliśmy paskudne świerszcze śródziemnomorskie, które były brzydkie, czarne i ohydne, te zaś przypominały nasze polskie pasikoniki i wzbudzały sympatię. Jeden z hodowców opisał je trzema przymiotnikami: „szybkie, skoczne, płodne” (po przeczytaniu czegoś takiego człowiek zastanawia się czy na pewno mowa o świerszczach…), zabrakło niestety jednego, najbardziej istotnego określenia: „cykające”. Nieświadoma niewiedzy z prymitywnym romantyzmem wpadałam w coraz większy zachwyt. Świerszcze CYKAŁY, CYKAŁY i CYKAŁY, tak pięknie, że wydawało się jakby w środku zimy do domu zawitało lato. Rozmarzeni i rozleniwieni rozsmakowywaliśmy się zatem w tym CYKANIU, ulegając urokowi CYKAJĄCEJ chwili, która niepostrzeżenie zaczęła wydłużać się w kierunku CYKAJĄCEJ wieczności. Te potwory CYKAŁY bezustannie…CYK, CYK,…CYK, CYK… 24 godziny na dobę, aż WYCYKAŁY z nas resztki entomologicznego zachwytu. Nad domem zawisło widmo wojny domowej, plemię młodocianych potworzastych, zakochanych w świerszczach miłością pierwszą, prawdziwą kontra frakcja sfrustrowanych dziadersów, poniewieranych kilkudniową CYKCYKANĄ migreną i dyszących pragnieniem mordu z użyciem trepa, młotka, granatu, napalmu(nawet rakiet)!…na pohybel pieszczoszków – Cykusiów. Co gorsze, liczba świerszczy w terrarium nie malała. Nie wiem czy Boa polubiła swoich nowych towarzyszy, czy może byli oni dla niej za sprytni. W każdym razie po kilku dniach stało się jasne, że problem nie rozwiąże się sam. Cykusie must die, ale pozostawało pytanie jak . Musieliśmy działać z mężem rozważnie i nie romantycznie. Zwołaliśmy więc naradę rodzinną na której wytłumaczyliśmy potworzastym, że ze względu na alergię Kajetana trzeba wspólnie zastanowić się jak wytrzebić roztocza z terrarium. Sposób był tylko jeden: wystawiamy jaszczurze lokum na zewnątrz. Tu z pomocą przyszło nam kilka wcześniej przygotowanych tekstów „Cykusie musza się przewietrzyć ( przy minus 15) odroztoczyć, ochłonąć trochę, poznać naszą kulturę, zwyczaje itd. Mogą mieć też ochotę na wycieczkę podczas której miałyby jedyną niepowtarzalną szansę zaprzyjaźnić z naszymi wsiowymi, swojskimi pasikonikami. Obowiązkiem każdego z nas jest umożliwienie im takiej interakcji!” Jak wymyśliliśmy, tak zrobiliśmy i problem cykania rozwiązaliśmy. Czasem tylko zastanawiam się co tam u naszych przyjaciół świerszczy słychać. Może Cykusie zaadoptowały się do naszych polskich sprzyjających warunków i jestem twórczynią całej populacji świerszczy bananowych w Polsce ))). Jak to szło…: „filogeneza i radiacja adaptatywna”… Jak myślicie?
               time 785 time 2 min.

Mamy w domu nowego lokatora

Od Komunii Kajetana mamy w domu nowego lokatora. Miał być gekon lamparci lub madagaskarski ale wizja zapewniania mu non stop żywych robali troszku mnie zniechęciła. Wybór padł na gekona orzęsionego. Jego największą zaletą jest to, że oprócz żywego i uciekającego lubi także owoce. Jak nie masz ochoty na kizi mizi z robalami, zawsze zostaje opcja banana. Gekuś w pierwszych minutach pobytu w domu został poinformowany o swoich prawach i przywilejach oraz o tym, że w tym lokum nie karmimy KARACZANAMI. Pomijam wątpliwą przyjemność oglądania, dotykania czy w ogóle przebywania pod jednym dachem z tymi ohydami, to zawsze istnieje ryzyko, że będziemy świadkami zorganizowanej ucieczki jednego osobnika lub całego stada. Na szybko zorganizowanej naradzie rodzinnej ustaliliśmy, że Gekuś będzie miał na imię Boa ( nie pytajcie) i by mógł zaspakajać swoje potrzeby łowieckie będziemy kupowali mu żywe ( słowo „żywe” jest tu kluczowe) świerszcze. Gdy po raz pierwszy pojechałam do sklepu zoologicznego i pan wyciągnął spod lady pudełeczko w którym roiło się od czegoś co przypominało krzyżówkę żuka i prusaka miałam chwilę słabości. 10 minut zbierałam się by wziąć pudełko do ręki. Zagadywałam sprzedawcę, siliłam się na coraz bardziej banalne żarciki, podpytywałam o cały asortyment, aż w końcu znudzony pan załapał w czym rzecz i najpierw zapakował pudełko do siatki jednorazówki, a następnie po nawiązaniu kontaktu wzrokowego dorzucił kilka reklamówek gratis. Kijka nie miał. Jak niestety można było przewidzieć dopiero w domu zaczął się cyrk. Świerszcze mamy, gekona mamy, ale trzeba jakoś dostarczyć te owady z punktu A do punktu B czyli do terrarium i nie wolno wrzucić ich wszystkich naraz ponieważ istnieje ryzyko, że pogryzą Boa. Najpierw oczywiście szybka narada rodzinna kto będzie pełnił rolę gekoniej matki karmicielki. Kandydatura Kajetana odpadła na samym początku. Nikt nie miał ochoty na ganianie za świerszczami uciekinierami. Mój pierwszy mąż od razu zakomunikował, że był, jest i będzie przeciwnikiem zwierzątek w domu i jego rola zakończyła się z chwilą złożenia terrarium ( o tym składaniu też by się przydał tekścik). Wybór karmiciela był zaskakujący i padł na mnie. Postanowiłam skonsultować sposób podawania świerszczy z moimi wirtualnymi kolegami z grupy dla posiadaczy gekonów. Szybko okazało się, że moi nowi znajomi cechują się wyrafinowanym poczuciem humoru. Zasugerowali, że skoro boję się robali ( a bałam się okrutnie) to powinnam łapać świerszcze pęsetą. Wiem, wiem. Teraz też się z tego śmieję, ale wtedy byłam tak spanikowana, że uznałam to najwspanialszy pomysł na świecie… Po godzinie mokra, spocona z poczuciem winy, że Ula przyniesie do przedszkola kilka nowych, niekonieczne dobrze widzianych ,a raczej słyszanych u trzylatki słów, poddałam się. Panowie z grupy trochę się pośmiali, podsunęli kilka równie dobrych pomysłów, aż w końcu któryś się zlitował i przesłał mi filmik na którym wkłada rękę do pudełka i wyjmuje świerszcze. Proste? Proste! Ale na trzeźwo nie wykonalne!!! Po dłuuuższej chwili, po butelce wina, tym razem bez świadków ( co było łatwe ponieważ wszystko rozciągnęło się w czasie), mocno rozchichotana zasiadłam z powrotem przed terrarium. Świerszcze już nie były takie straszne, zaczęłam je rozróżniać i nadawać im imiona ( gdzieś wyczytałam, że warto strachom nadać imiona ponieważ łatwiej się wtedy oswajają). W końcu zaopatrzona w dwie pary rękawic zaczęłam polowanie. Udało się!!!
               time 391 time 1 min.

ONA nie chce moich cukierków

Ulcia, nasza dzisiejsza jubilatka, od rana wykłócała się z nami, że pomysł by zabrała do przedszkola cukierki i poczęstowała nimi dzieci jest bezsensowny. Nie rozumiała idei dlaczego ma komukolwiek oddawać swoje słodycze. Pocieszaliśmy się z Mężem, że w przedszkolu pewnie poczuje powagę chwili i jakoś to będzie. Nie było.
Już zdjęcia przesłane z "imprezy" nie pozostawiały złudzeń: Ula dalej nie miała ochoty rozstawać się z cuksami. Jak się później okazało zrozpaczona zrobiła wprawdzie obowiązkową rundkę z koszyczkiem, ale w imię troski o zdrowie i zęby kolegów stanowczo odmówiła rozdania reszty słodyczy. Niestety to nie był koniec dowodów mojej porażki wychowawczej, najgorsze było przed nami.
Wparowałam do przedszkola i widząc, że Pani Dyrektor prowadzi do mnie Ulcie za rączkę nieopatrznie postanowiłam zachęcić córeczkę by poczęstowała panią cukierkami. Młoda w panice porwała koszyk w objęcia, wyrwała przez cały korytarz chowając się za moją nogą, po czym wyciągnąwszy łapkę w kierunku Pani Dyrektor ryknęła : ONA nie chce moich cukierków!!!