Dzikie zwierzęta. Cz.2
We wcześniejszym poście opisałam swoje spotkanie z Łosiem Super Ktosiem. Było one jedyne w swoim rodzaju i wyjątkowe. Znaczniej częściej mam okazję obcować z dzikami (jakkolwiek by to nie zabrzmiało😊). Mieszkamy niedaleko lasu i pól, a co za tym idzie jesteśmy często odwiedzani przez szablozębnych znajomych. Z tej przyczyny, jeśli wybieram się na drinusia do mojej wsiowej koleżanki, która mieszka 2 minuty spacerkiem ode mnie, to jadę tam samochodem. Nie chce występować w roli tańczącej z dzikami. Tym bardziej, że raz już tańcowałam.
Wyczerpani hałasami dnia codziennego (czytaj decybelami naszych dzieciątek) razem z moim pierwszym (i jedynym) mężem, postanowiliśmy zrelaksować się przy blasku ogniska. Taki nasz rytualik: ciepły wieczór, bąbelki (te które powinny) smacznie śpią, pozostałe szumią w głowie na spółkę z procentami, ognisko, i wszechogarniająca cisza, zakłócana tylko szczekaniem miejscowych burków. Bosko….
Nagle ten spokój przerywa dość intensywne i głośne chrumanie zza płota, więc niewiele myśląc (to się chyba u mnie często powtarza…?) wdrapałam się na drewniany podest na placu zabaw by mieć większy ogląd otoczenia. Stoję, patrzę i widzę olbrzymiego knura na środku pola ...
„Misiuuuu, Misiuuuu, tam jest dziczek”.
Misiu na takie dictum w dosyć krótkim, zwięzłym oraz niekoniecznie przyjaznym komunikacie uzmysłowił mi co taki dziczek może zrobić z naszym ogrodzeniem. Byłam trzeźwa… inaczej, a jak już ustaliliśmy wcześniej - gotowa do działania jestem zawsze, więc zrobiłam to, co w sposób oczywisty pierwsze przyszło mi do głowy: rzuciłam się w wir tańca flamenco klaszcząc i pokrzykując przy tym dziko na dzika😊. Wyżej wspomniany stwierdził, że takiego głośnego towarzystwa nie zniesie i uciekł w siną dal ruchem jednostajnie przyspieszonym w okolicach 1,5 sekundy do setki. Tymczasem ja lekko już znudzona całą sytuacją postanowiłam wracać (dosłownie) na ziemię i tylko kątem oka zauważyłam jakieś światełka migoczące na drodze, wzruszyłam jednak ramionami i wróciłam do ogniska zapominając szybko o tym drobiazgu.
Następnego dnia radośnie pobiegłam do miejscowego sklepu po bułeczki rycząc z daleka
„Pani Aniuuuu, Pani Aniuuuuu widziałam wczoraj dzika!”. Pani Ania spojrzała na mnie ponuro i mruknęła
„tak, mój mąż też widział, chcieli z sąsiadem go ustrzelić, bo knur robi straszne szkody na polu, ale jakiś wariat latał po wsi i klaskał więc go spłoszył”. Kurtyna😊, do czasu.
Kolejne spotkanie odbyło się covidową jesienią. Noc, w noc jakieś małe, wredne nieludzko bydle rasy kundel, ujadało nam pod płotem. Po kilku dniach migreny olśniło mnie i mówię do ślubnego:
„Misiu otwórz tylną furtkę i wypuść Toskę”. Toska opiekuńcza i łagodna jak na (prawie) bernardynicę przystało - krzywdy psowatemu by nie zrobiła, ale zawsze były jakieś szanse, że pogoni dziada, albo ten rąbnie na zawał wobec dysproporcji potencjałów. Mężu podchwyciwszy ideę pobiegł do furtki ochoczo, jednak jeszcze szybszym truchtem wrócił z komunikatem, że ani on, ani Toska nie wyjdą na zewnątrz, albowiem na środku pola stoi olbrzymi dzik. Powtórka z rozrywki: co robi każdy normalny dorosły człowiek wobec takiego zajścia? Wybiega oczywiście z domu, wspina się na ogrodzenie i zaczyna świecić na pole tym co ma pod ręką, w moim przypadku telefonem. Wiszę podekscytowana na tym ogrodzeniu, wiszę i wiszę i próbuję wypatrzeć cokolwiek w tej pięciomilimetrowej smudze światła. Nic…
Wtem (też czytaliście Tytusa, prawda? 😉), dokładnie spod siatki, na której aktualnie zamieszkiwałam, rozlega się potężne chrumknięcie. Może dzikusiowi znudziło się kwitnięcie na środku pola więc przemaszerował pod nasze ogrodzenie zobaczyć czy aby na pewno tam nic smakowitego nie leży? Albo z wrodzonej grzeczności postanowił przywitać się ze swoimi sąsiadami? -
nie wiem. W każdym razie nie sądziłam, że w tym wieku i przy moich gabarytach potrafię tak szybko osiągnąć pierwszą kosmiczną! Wpadłam do domu razem z oknem zatrzymując się dopiero w łazience...
Mężu, jak na lojalnego partnera życiowego przystało, do tej pory zwija się ze śmiechu wykorzystując każdą żenującą okazję, żeby pośmiać się ze swojej nierozgarniętej małżowiny 😊.