Blog niekoniecznie ukierunkowany... autorka nie ponosi odpowiedzialności za rozczarowania 😜
               time 425 time 3 min.

Dzikie zwierzęta. Cz.2

We wcześniejszym poście opisałam swoje spotkanie z Łosiem Super Ktosiem. Było one jedyne w swoim rodzaju i wyjątkowe. Znaczniej częściej mam okazję obcować z dzikami (jakkolwiek by to nie zabrzmiało😊). Mieszkamy niedaleko lasu i pól, a co za tym idzie jesteśmy często odwiedzani przez szablozębnych znajomych. Z tej przyczyny, jeśli wybieram się na drinusia do mojej wsiowej koleżanki, która mieszka 2 minuty spacerkiem ode mnie, to jadę tam samochodem. Nie chce występować w roli tańczącej z dzikami. Tym bardziej, że raz już tańcowałam.

Wyczerpani hałasami dnia codziennego (czytaj decybelami naszych dzieciątek) razem z moim pierwszym (i jedynym) mężem, postanowiliśmy zrelaksować się przy blasku ogniska. Taki nasz rytualik: ciepły wieczór, bąbelki (te które powinny) smacznie śpią, pozostałe szumią w głowie na spółkę z procentami, ognisko, i wszechogarniająca cisza, zakłócana tylko szczekaniem miejscowych burków. Bosko….
Nagle ten spokój przerywa dość intensywne i głośne chrumanie zza płota, więc niewiele myśląc (to się chyba u mnie często powtarza…?) wdrapałam się na drewniany podest na placu zabaw by mieć większy ogląd otoczenia. Stoję, patrzę i widzę olbrzymiego knura na środku pola ... „Misiuuuu, Misiuuuu, tam jest dziczek”.
Misiu na takie dictum w dosyć krótkim, zwięzłym oraz niekoniecznie przyjaznym komunikacie uzmysłowił mi co taki dziczek może zrobić z naszym ogrodzeniem. Byłam trzeźwa… inaczej, a jak już ustaliliśmy wcześniej - gotowa do działania jestem zawsze, więc zrobiłam to, co w sposób oczywisty pierwsze przyszło mi do głowy: rzuciłam się w wir tańca flamenco klaszcząc i pokrzykując przy tym dziko na dzika😊. Wyżej wspomniany stwierdził, że takiego głośnego towarzystwa nie zniesie i uciekł w siną dal ruchem jednostajnie przyspieszonym w okolicach 1,5 sekundy do setki. Tymczasem ja lekko już znudzona całą sytuacją postanowiłam wracać (dosłownie) na ziemię i tylko kątem oka zauważyłam jakieś światełka migoczące na drodze, wzruszyłam jednak ramionami i wróciłam do ogniska zapominając szybko o tym drobiazgu.
Następnego dnia radośnie pobiegłam do miejscowego sklepu po bułeczki rycząc z daleka „Pani Aniuuuu, Pani Aniuuuuu widziałam wczoraj dzika!”. Pani Ania spojrzała na mnie ponuro i mruknęła „tak, mój mąż też widział, chcieli z sąsiadem go ustrzelić, bo knur robi straszne szkody na polu, ale jakiś wariat latał po wsi i klaskał więc go spłoszył”. Kurtyna😊, do czasu.
Kolejne spotkanie odbyło się covidową jesienią. Noc, w noc jakieś małe, wredne nieludzko bydle rasy kundel, ujadało nam pod płotem. Po kilku dniach migreny olśniło mnie i mówię do ślubnego: „Misiu otwórz tylną furtkę i wypuść Toskę”. Toska opiekuńcza i łagodna jak na (prawie) bernardynicę przystało - krzywdy psowatemu by nie zrobiła, ale zawsze były jakieś szanse, że pogoni dziada, albo ten rąbnie na zawał wobec dysproporcji potencjałów. Mężu podchwyciwszy ideę pobiegł do furtki ochoczo, jednak jeszcze szybszym truchtem wrócił z komunikatem, że ani on, ani Toska nie wyjdą na zewnątrz, albowiem na środku pola stoi olbrzymi dzik. Powtórka z rozrywki: co robi każdy normalny dorosły człowiek wobec takiego zajścia? Wybiega oczywiście z domu, wspina się na ogrodzenie i zaczyna świecić na pole tym co ma pod ręką, w moim przypadku telefonem. Wiszę podekscytowana na tym ogrodzeniu, wiszę i wiszę i próbuję wypatrzeć cokolwiek w tej pięciomilimetrowej smudze światła. Nic…
Wtem (też czytaliście Tytusa, prawda? 😉), dokładnie spod siatki, na której aktualnie zamieszkiwałam, rozlega się potężne chrumknięcie. Może dzikusiowi znudziło się kwitnięcie na środku pola więc przemaszerował pod nasze ogrodzenie zobaczyć czy aby na pewno tam nic smakowitego nie leży? Albo z wrodzonej grzeczności postanowił przywitać się ze swoimi sąsiadami? - nie wiem. W każdym razie nie sądziłam, że w tym wieku i przy moich gabarytach potrafię tak szybko osiągnąć pierwszą kosmiczną! Wpadłam do domu razem z oknem zatrzymując się dopiero w łazience...
Mężu, jak na lojalnego partnera życiowego przystało, do tej pory zwija się ze śmiechu wykorzystując każdą żenującą okazję, żeby pośmiać się ze swojej nierozgarniętej małżowiny 😊.

               time 879 time 1 min.

Rzecz o łacinie

girl

Wszyscy wiemy, że nie powinniśmy przeklinać przy dzieciach. U mnie jak zwykle teoria sobie, praktyka sobie.

Najstarszy syn mnie rozpieścił i mogłam sobie bezkarnie odreagowywać mrucząc pod nosem to co mi ślina na język przyniesie. Młody znał przekleństwa, ale nigdy ich nie używał, ponieważ wiedział, że nie wolno. Taki charakter. Kiedyś w zerówce rozpętała się afera, ponieważ dzieci zaczęły porozumiewać się za pomocą wulgaryzmów. Wychowawczyni poprosiła wszystkich rodziców o interwencję i rozmowę dyscyplinującą z małolatami. Pytam synka: „Kochanie znasz jakieś przekleństwa? No tak!!! A jakie??? Mamo nie powiem, wstydzę się!!! No dawaj Młody, jedyna niepowtarzalna okazja by popisać się bezkarnie przed mamusią. No dobrze… siurek burek, du..a.”
Wzruszyłam się i pomyślałam sobie, boszszszsz, moje kochane dziecko, ileż mamusia mogłaby Cię jeszcze nauczyć….
Sytuacja diametralnie zmieniła się gdy pojawił się Oluś. Ten delikwent mówił mało i niewyraźnie, ale w zamian był i jest niezwykle czujnym obserwatorem (słuchaczem) rzeczywistości. Zatem Aleksander lat trzy idzie z tatą do przedszkola, a tam na drzwiach sali karteczka: nie ma wychowawczyni i dzieci należy odprowadzić do znienawidzonej przez Ola grupy Niedźwiadków. Tomasz zatroskany tłumaczy bąbelkowi jakie spotkają go niedogodności. W odpowiedzi młody żałośnie spuszczając ramionka mruczy pod nosem: „kulwa, niedobze”. Ślubny zamarł na chwilę i zaskoczony upewnia się: „Olek co powiedziałeś?... Niedobze tato…. No niedobrze, niedobrze syneczku”.
Ostatnia w stawce pojawia się moja trzyletnia księżniczka Coccolina, nad której edukacją czuwają starsi bracia. Dzięki Kajetanowi Ula zna wiele ciekawostek przyrodniczych, zaś dzięki Olkowi… no i tutaj jest gorzej. Wszystkie określenia okołofekalne, „d..py” itp. wyćwiczyliśmy perfekcyjnie od razu, dziś jednak pojawiła się nowość. Rano młoda zaszczyciła mnie dialogiem: „Mamo co ty lobis????Nie lób tego, bo będzie faken!…??? Co córeczko będzie??? No faken!”.
Dociera do mnie paraliżująca pewność, że nie ma możliwości bym się przesłyszała, ale nieroztropnie brnę dalej (zupełnie bez sensu, ponieważ zawsze lepiej pozostawić sobie trochę złudzeń). ” Ula, nie rozumiem, co chcesz mi powiedzieć? No jak to co???” - odpowiada rezolutna dziewczynka - „pzeciez mówię, ze zalaz będzie faken. Cyli cholela jasna!” .

               time 512 time 2 min.

Dzikie zwierzęta. Cz.1

Zawsze lubiłam się włóczyć i obserwować dzikie zwierzęta. Takie spacery często kończą się spotkaniem face to face i nie zawsze wychodzą tak jakbym sobie tego życzyła.

Ostatnio, na przykład, w mojej okolicy regularnie zaczęły pojawiać się łosie. Ich ślady są wszędzie i nie mam na myśli tylko tropów łap czy co one tam mają. Trzeba naprawdę się nagimnastykować by nie wleźć w kupę (nomen omen) … kupy 😊. Jednak osobiste spotkania z łosiem miałam do tej pory dwa, jednym z nich chyba nie za bardzo powinnam się chwalić, cóż...
Byliśmy u przyjaciół na Polesiu, Kajtek w brzuchu, brzuch duży, a ja z wszystkimi możliwymi dolegliwościami ciążowymi, ale za to dosyć łatwa w obsłudze kulinarnej. W owym czasie żywiłam się tylko i wyłącznie kiełbasą z grilla: na śniadanie kiełbasa, na obiad kiełbasa, na kolację kiełbasa. Taki wyjazd pod szyldem kiełbasy.
Pewnego ranka nie mogąc się doczekać należnego kiełbasianego przydziału postanowiłam ruszyć na spacerek. Zaszło mi się troszkę dalej niż bym chciała i planowała, zegarka nie miałam, telefonu nie wzięłam i jak się później okazało rozumek też został w domu na półce. Nagle na ścieżce pojawiło się coś wielkości konia, ewidentnie tak samo jak ja rozgarnięte, niewidzącym wzrokiem omiotło drogę i … zauważyło mnie. Jako że w ciążach (liczba mnoga nie bez przyczyny) myślenie i refleksje pozostawiam innym - zamiast zrobić niezwłocznie „w tył zwrot” stałam na środku drogi z rozdziawioną paszczą, chłonąc niecodzienny widok. Zwierzę postanowiło działać pierwsze i ku mojemu wielkiemu rozżaleniu zaczęło wycofywać się nie spuszczając mnie przy tym z oka. Widać było, że nie ma doświadczenia w kierowaniu … zadem, i tu zauważyłam pierwszą cechę wspólną. Jakby nie patrzeć, też mistrzynią jazdy na wstecznym nie jestem. Poczekałam zatem grzecznie na zielone światło, a następnie bardzo podekscytowana ruszyłam dalej w drogę powrotną.
Pod domem czekał na mnie mój mocno zaniepokojony mąż. Nie zważając na jego pełne wyrzutów wypominki (coś ty zrobiła, gdzie byłaś, dlaczego nie masz telefonu, dlaczego nie powiedziałaś, że wychodzisz, to dlaczego mnie nie obudziłaś i tego typu nudy…) radośnie oznajmiłam: „Misiu, misiu widziałam w lesie …osła”. Słysząc to, moja niezawodna przyjaciółka krztusząc się kawą wydusiła: „wiesz, w tym lesie jest tylko jeden osioł: TY”. Zaintrygowana ustaloną w międzyczasie rzeczywistą tożsamością „osła” postanowiłam przejrzeć literaturę łosiową. W poszukiwaniu podobieństw międzygatunkowych natknęłam się na takie zdania: „na szyi zwisa mu (łosiowi) narośl tłuszczowa, która pokryta jest długim, czarnym włosem” … Hmm, włosów co prawda nie mam, ale nad resztą usilnie pracuję.„(…) Na grzbiecie, w okolicy kłębu, widoczny jest garb. Zad łosia jest położony dość nisko” ... No tego już nie będę komentować, ogólnie nie lubię chyba ani łosi ani zoologów!
Wiosna idzie, będzie lepiej😊 - tym optymistycznym akcentem chciałam serdecznie pozdrowić wszystkie owalne 40+. Niech moc będzie z nami😊)))

               time 560 time 3 min.

Dzień świra

Kochani jak tam Wasze święta? Przeważnie w takie dni mamy dodatkowe atrakcje. Mieliśmy już krztuszącego się yorka wymiotującego na stół wigilijny, awarię oczyszczalni ścieków, dzięki czemu przy sześciu osobach w domu obowiązywały ściśle określone zasady kto, po co i ile razy idzie do łazienki. W tym roku, na tle poprzednich lat, po prostu wiało nudą, do czasu… W Wielką Sobotę zorganizowaliśmy sąsiadom grę towarzyską pt. znajdź kluczyk. Polecam!!! Znakomity pomysł na odciągnięcie wszystkich od telewizorów, komputerów i innych ekranów (kochani sąsiedzi nie musicie dziękować😊)).

By rozpocząć zabawę najpierw należy wywalić bezpieczniki (nieeee, nie te w domu, ponieważ to by było za łatwo) tylko te zewnętrzne, na zamkniętej tablicy pomiarowej, przy czym warunek jest taki, że trzeba to zrobić koniecznie jak już będzie na dworze całkowicie ciemno!!! Kolejne zadanie polega na odnalezieniu po omacku jakiegokolwiek źródła światła. Przedstawiam punktację: 1 pkt za świeczkę, niski rating, ponieważ działa tylko w zestawie z zapałkami; 2 pkt za prawie rozładowany telefon (o tej porze dnia należy mieć prawie rozładowany telefon), 3 pkt za działającą latarkę.
Następnie starając się nie podpalić domu (bo oczywiście ten jeden punkt, szczytem osiągnięć) szukamy kluczyka do cholernej skrzynki. Nie wiadomo jak wygląda taki kluczyk (ostatni raz oglądany pięć lat temu) i nie ma nawet cienia podejrzeń gdzie mógłby być. U nas jak w każdej normalnej, porządnej, szanującej się rodzinie NIC nigdy nie ma stałego miejsca, no może meble i to tylko te cięższe mają swoją miejscówkę.
Jeśli na tym etapie uda się Wam dostać do skrzynki - brawo Wy – po zawodach. Jeśli nie, to do udziału zapraszamy rodziny mieszkające po sąsiedzku. Zaczyna się wspólna zabawa, oczywiście w reżimie sanitarnym. Każdy w swoim domu szuka kluczyka. Jak już pomagier znajdzie swój kluczyk musi pierwszy, przed dzikami, po ciemku (nie możemy doprosić się latarni) dotrzeć do naszej skrzynki i sprawdzić czy kluczyk pasuje. Jeśli nie pasuje, żegnamy się, ta rodzina również odpada z gry.
Po wyeliminowaniu wszystkich uczestników można skorzystać z koła ratunkowego pt. „telefon do przyjaciela”, w naszym przypadku do pogotowia energetycznego. Pan najpierw upewnia się kilka razy czy wiesz, że jest Wielka Sobota i czy masz świadomość, że pomoc najprawdopodobniej dotrze dopiero następnego dnia rano. Kiedy potwierdzisz trzykrotnie, że jesteś debilem Pan przystępuje do wstukania zgłoszenia w ten swój „system”, czy jak to się tam nazywa. Nam udało się przerwać grę dopiero na tym etapie, już pół godziny od złożenia deklaracji o własnym upośledzeniu umysłowym dostaliśmy cynk od sąsiadów, że pomoc nadjeżdża, w ciemności lepiej widać migające koguty. Chłop idzie się kajać przed brygadą RR, a my z dziećmi kibicujemy z bezpiecznego oddalenia. Chwila napięcia (nomen omen) i koniec gry - game over, stała się światłość!
Dzieci rzucając się sobie w ramiona wiwatują ze śpiewem „We are the champions” na ustach (autentyk), ja wycofuję się w jakieś ciche miejsce przygotowując się na dogrywkę z mężem p.t. „po jaką cholerę próbujesz zemleć łyżkę i krzesło tym zepsutym młynkiem w zlewie, i to właśnie teraz?!!!”.
Początek świąt mieliśmy więc, jak się okazało, całkiem wesoły, za to później było już w miarę spokojnie. Nie zareagowałam, gdy na widok uginającego się od jedzenia, nakrytego stołu, Uleńka rozejrzała się ze zniesmaczoną miną i wykrzyczała „gdzie są moje płatki z mlekiem”. Nie nakrzyczałam na Olka, który pod stołem próbował rozprawić się ze szmacianą lalką odżynając jej rączkę nożem do masła. Wreszcie nie ukatrupiłam dzieci, gdy zorientowałam się, że wszystkie ciasta mają wyjedzony środek, wyskubane bakalie i wylizaną polewę. Może trochę tylko zbuntowałam się w lany poniedziałek, kiedy bitwa między chłopcami przeniosła się niespodziewanie na nasze małżeńskie łoże.
Oficjalnie ogłaszam zatem, że mimo pandemiczno - technicznych przeciwieństw losu święta uznaję za udane!!!!

               time 552 time 1 min.

Cwaniaczek

Oluś w czasach przedszkolnych nie lubił kolorować, rysować ani malować. Wychowawczyni chcąc go zachęcić do prac plastycznych posadziła przy nim utalentowaną pracowitą i jednocześnie ulubioną koleżankę. Niestety szybko okazało się, że o ile Młodemu można ( a nawet trzeba ) odmówić talentu plastycznego, o tyle niestandardowego wychodzenia z opresji już nie. Pani po jakimś czasie zorientowała się, że dzieci mają cichy układ: kiedy są pilnowane to Oluś z zapałem maże po kartce, jednak gdy wychowawczyni tylko się odwróci… kartka trafia do Lenki, która ogarnia mankamenty. Minął jakiś czas od wykrycia procederu gdy opiekunka oznajmiła mi: Pani Natalio, osiągnęliśmy sukces, na wystawie wisi przepiękna, samodzielnie narysowana przez Olusia tęcza. Lecę z młodym do przedszkolnej galerii, a tam faktycznie cudnej urody rysunek. Z dumą głaszczę synka po głowie mówiąc: „Oluś naprawdę ślicznie to narysowałeś”, na co Młody bez cienia jakiegokolwiek zainteresowania czy emocji mruczy: mamo to nie ja, to… Marysia. Pod koniec roku zrobiło się jeszcze zabawniej. Dostajemy teczkę wypełnioną po brzegi pracami Olka. Przeglądam ją w samochodzie. Biorę jeden rysunek do ręki, mówię: synku ta praca jest super,… mamo ale to nie ja to Ola…, aha, ale ten rysunek Ci się naprawdę udał, …mamo to nie ja to Kasia…, a ten… to Ala ( imiona ofiar mojego syna zostały zmienione 😉.) Po drodze pada jeszcze kilka innych dziewczęcych imion, aż w końcu trafiamy na rysunek, a raczej „zamazunek”, przy którym Oluś wreszcie wykrzykuje z entuzjazmem: mamo, ale ten jest już naprawdę mój!!!
Mija rok i pięcioletni Oluś trafia na nauczanie zdalne. Siedzimy razem nad jego "lekcjami" i cóż za niespodzianka(!), Olek musi zmierzyć się z obrazkiem do pokolorowania. Po kilku minutach zadowolony oddaje mi pracę, pomazaną w cały świat, na każdą postać przypadają góra jakieś 4 kolorowe kreski. Zniecierpliwiona zabieram mu kredkę i z zapałem pokazuję jak należy kolorować. Olek przygląda się temu z rosnącym niezadowoleniem, po czym mruczy ponuro pod nosem " No to się Pani zdziwi... ja nigdy takiej pracy nie oddaję.:)))

               time 928 time 2 min.

My Precious

Dziś rano wyraz twarzy mojego męża kręcącego się po kuchni, poza narkotycznym głodem kofeiny zdradzał też ewidentne zaskoczenie. Jak nic musiał zauważyć, że jest wysprzątane na błysk, choć wieczorem była tam istna stajnia Augiasza. Magia, po prostu - czarna magia: wczoraj tor przeszkód, a o 7.30 widać nawet powierzchnię blatów! Mężu drogi!, nawet nie wiesz co się w nocy za tymi drzwiami kuchennymi działo. Ile łez przepłakanych, smutków przepracowanych, ile wzruszeń i radości….


Jesteśmy ze sobą od 12 lat a mój Ukochany ciągle nie załapał, że czar jednej nocy działa regularnie, tylko raz w miesiącu, a zwiastują go generalne porządki. Nie wiem jak u Was, ale mnie to dopada delikatnie mówiąc o niezbyt wygodnych porach. Kiedy hormony zaczynają rządzić moim zachowaniem, a rozum na kilka dni idzie się zdrzemnąć, noce wyglądają mniej więcej podobnie:
  • 20.30 Idę uśpić Potworzycę.
    Obie miałyśmy ciężki dzień więc padam razem z nią

  • 1.30 Pobudka.
    Co ja zrobiłam, zęby brudne, o reszcie nie wspomnę – „full opako”... Leków nie wzięłam. Dlaczego mnie nie obudził i dlaczego śpi w salonie?!! Czy chłopaki po inhalacji i czy mają jakąś ma kołdrę (niechby chociaż tą ze zdemontowanej „bazy”, z resztkami popcornu)?

  • 1.45 O matko, matko, co to będzie co to będzie?
    Dzieci od roku w domu, ja już wariuję, co będzie z jego pracą, kiedy zobaczę się z Babcią… kurczę muszę się napić (wody!!!) ale jak zacznę krążyć po domu to on mnie zabije.

  • 2.05 Zbieram się na odwagę.
    Idę umyć zęby, później przemykam do kuchni. Piję wodę. Matko jaki tu bałagan, nawet podłoga nie ogarnięta. Zamknę drzwi i troszkę tu poogarniam.
    No i zaczyna się to „troszeczkę”. Najpierw na paluszkach by nie obudzić ślubnego , ścieram kurz, wyskubuję ręcznie okruszki z podłogi, podlewam kwiatki, myję fronty szafek, cicho, cichutko co by memu umiłowanemu snu nie przerywać.

  • 2.15 Narasta we mnie złość.
    Tu jest taki bałagan a on tak spokojnie śpi. Co to ja sprzątaczką jestem???? Jak mógł pójść spać gdy kuchnia wygląda jak pole bitwy. Dlaczego dzieci nie wkładają naczyń do zmywarki...? boszszsz, jak ja je wychowałam... Gdzie ta cholerna czekolada?!!
    Pora na cięższą artylerię. Na ten etap idą naczynia do zmywarki (koniecznie tak by słyszał, że TU się pracuje), woda na herbatę SIĘ gotuje (co by wiedział, że opadam z sił). Niech się cieszy, że odkurzacza nie włączam. To tylko dlatego by dzieciom nie przeszkadzać! Szkoda, że szafek w kuchni nie da się poprzestawiać, drzwi koniecznie muszę jeszcze umyć, ojej… trzasnęłam, niemożliwe!😈, no gdzie są te słodycze?!!

  • 2.40 Kuchnia prawie wysprzątana.
    Matko jak on słodko śpi. Dobrze, że go nie obudziłam, taki jest zmęczony po całym dniu pracy... co za bzdury🙃?!! no tak… hormony!😁

O 3.00 jak gdyby nigdy nic wracam na paluszkach do łóżka. W myślach jeszcze przydługie podsumowanie dnia poprzedniego, plany na następny (obecny..?) dzień. Wreszcie mogę zamknąć oczy…
I wiecie co? olśnienie!!!, pamiętacie Smeagola, tego tolkienowskiego golluma? Od dawna wiedziałam, że jego filmowy wizerunek był inspirowany konterfektem Prezydenta Władimira Putina. Teraz mam jasność kto posłużył autorowi za wzorzec charakteru i zachowań tego stwora: kobieta z PMS!
My precious!!!